„Każdy film ma w sobie coś”. Zmarła najsłynniejsza polska kinomanka

Poniedziałek, 16 listopada 2020 (16:26)
Aktualizacja: Wtorek, 17 listopada 2020 (09:41)

Mąż nie mówił do niej inaczej niż Maryleńko. Można było ich spotkać we wszystkich poznańskich kinach, choć najczęściej w Muzie przy Świętym Marcinie, nad którą z resztą zamieszkali 10 lat temu. Mieli swoje ulubione festiwale w całym kraju. Jeździli do Gdyni, Warszawy, Wrocławia i Łagowa, który polubili w szczególności. Każdy obejrzany film, a było ich kilkanaście tysięcy – odnotowywali w prowadzonych z pieczołowitością zeszytach. Pan Bogdan robił to nawet za pomocą wymyślonego przez siebie alfabetu. Kiedy zmarł trzy lata temu, pani Maryleńka do kina przychodziła sama. Nie uznawała innego sposobu oglądania filmów. Ostatni w swoim życiu, ze względu na brak sił – zgodziła się obejrzeć na laptopie.

Dołączyła do Pana Bogdana i jesteśmy pewni, że gdziekolwiek są, mają do dyspozycji największy ekran i najbogatszą bibliotekę filmów do obejrzenia - poinformowało w sobotę na swoim profilu na facebooku Kino Muza. Pod postem natychmiast ruszyła lawina wspomnień poznaniaków o tej wyjątkowej parze. "Pięknie patrzyło się na ich wyjątkową pasję do kina i bliskość", "Zawsze razem, zawsze w kinie", "Przesympatyczne małżeństwo" - piszą internauci. Tak w istocie było. Choć byli najbardziej rozpoznawalnymi kinomanami w kraju, byli niezwykle skromni, otwarci i gotowi na rozmowę. W stwierdzeniu, że kino było ich całym życiem, nie ma ani trochę przekłamania.

Po raz pierwszy rozmawialiśmy w kinie Muza, w trakcie jednego z tzw. tanich czwartków. Chwilę przed seansem zapytałem czy państwo Kalinowscy zgodziliby się na wywiad. Bez chwili wahania zaprosili mnie do domu, kilka dni później. Mieszkali wtedy na Polnej, na Jeżycach i obawiali się, że zostaną bez dachu nad głową, bo kamienica została przeznaczona do rozbiórki. Był grudzień 2009 roku. Rozmawialiśmy o życiu, kinie, ale też o ich obawach związanych z mieszkaniem. Szczęśliwie po kilku miesiącach, dzięki zaangażowaniu pracowników Muzy, udało się wyremontować i przeznaczyć dla nich lokum nad kinem. Kiedy w trakcie naszego spotkania popijaliśmy herbatę, pan Bogdan zaproponował partyjkę w wymyśloną przez siebie grę, która - jeśli dobrze pamiętam - nazywała się "żołnierze". Na pierwszą myśl jej zasady były zbliżone do szachów. Po dokładnym instruktarzu rozpoczęliśmy grę. Z partyjki zrobiły się trzy, wygrane dla pana Bogdana oczywiście, co za każdym razem wywoływało na jego twarzy uśmiech od ucha do ucha. Po zakończonej grze zaczęliśmy rozmawiać o tym, jak państwo Kalinowscy się poznali oraz o ich pasji do kina. Z rozmowy zapamiętałem zwłaszcza wypowiedź pana Bogdana, który opowiedział mi o swojej imponującej determinacji w staraniu się o rękę pani Marii.

Jak poznali się państwo Kalinowscy? Posłuchaj

Połączyła ich zatem literatura i jak się okazało - film. Prowadzenie zeszytów z tytułami obejrzanych filmów rozpoczęła pani Maria. Pierwszy z nich, który znalazł się w jej zestawieniu to radziecka produkcja "Dziewczyna z gitarą" z 1958 roku. Kiedy rozmawialiśmy 11 lat temu, najsłynniejsza para kinomanów miała na swoim koncie już ponad 10 tysięcy filmów, obejrzanych wspólnie. Przy tytule każdego z nich, w skrupulatnych zapiskach widniała nazwa kina, oraz dokładna data seansu. W osobnej rubryce było też miejsce na spostrzeżenia po seansie.

Jak zrodziła się wspólna filmowa pasja?

W swoich zbiorach mieli już na tyle dużo danych, że prowadzili wewnętrzną statystykę - obejrzanych filmów, odwiedzanych festiwali. Wszystko oczywiście przelewali na papier, odręcznie. Bez dostępu do komputera i internetu. Kilka kserokopii swoich zapisków przekazali mi na pamiątkę. Na jednej z kartek znalazło się zestawienie co tysięcznych filmów. Dziesięciotysięczny film, który zobaczyli to "Happy go lucky, czyli co nas uszczęśliwia" obejrzany 28 listopada 2008 roku w Multikinie Stary Browar.

Z każdym kolejnym tysiącem obejrzanych filmów, wiązał się pewien słodki rytuał małżeństwa kinomanów. Wspomina go Agata Kochaniewicz, współautorka słuchowiska i dokumentu o Kalinowskich.

Celebracja co tysięcznego filmu. Mówi Agata Kochaniewicz

Mieszkająca dziś w Norwegii Agata Kochaniewicz wspomina obawę, z jaką pierwszy raz z współautorką słuchowiska - Anną Adamowicz, zapukały do drzwi mieszkania pani Marii i pana Bogdana. Przygotowywałyśmy wtedy słuchowisko o ulicy Święty Marcin, szukałyśmy ludzi, którzy mogą coś o niej opowiedzieć, mają jakieś ciekawe wspomnienia o tym jak ta ulica wcześniej wyglądała. Zapukałyśmy zdenerwowane jak będzie wyglądało to spotkanie, a państwo Kalinowscy okazali się bardzo ciepłymi ludźmi, przywitali nas ciasteczkami, herbatą.

Agata Kochaniewicz: Nasze życia się bardziej zazębiły

Jednym z tematów rozmowy twórczyń słuchowiska o ulicy Święty Marcin z Kalinowskimi była przyszłość arterii. Pani Maria skrytykowała wówczas pomysł przekształcania jej w deptak. Zaznaczyła, że to centrum miasta, a w centrum musi być duży ruch. Ubolewała natomiast, że w podwórka przy kinie Muza wycięto drzewo. Nie potrafiła zrozumieć też sensu wprowadzenia regulamin parku Wilsona na Łazarzu, który zabraniał wprowadzania na jego teren psów. Choć kino zajmowało bez wątpienia 99 proc. życia jej i jej męża - nie zapominała o sprawach miasta, w którym mieszkali. W słuchowisku przygotowanym przez Agatę Kochaniewicz i Annę Adamowicz, Maria Kalinowska wspominała też smak swoich ulubionych rogali świętomarcińskich.

Fragment słuchowiska A. Kochaniewicz i A. Adamowicz. Maria Kalinowska o rogalach

Oprócz gry, Bogdan Kalinowski opracował też własny alfabet. Notował za jego pomocą tytuły filmów w osobnych zestawieniach. Trudno określić z czego się składał, nie były to jednak litery, ale specjalne symbole. Nieodłącznym elementem w rozszyfrowaniu zapisków było dla państwa Kalinowskich szkło powiększające.

Bogdan Kalinowski opracował własny alfabet

Kalinowscy po Poznaniu poruszali się głównie pieszo, choć kiedy trzeba było pojechać do kina znajdującego się poza centrum miasta - wsiadali w tramwaj lub autobus. Pan Bogdan zazwyczaj miał ze sobą mały wózek, taki na zakupy. Pani Maria trzymała męża pod rękę. O tym, że kino było dla nich całym życiem, przekonałem się po słowach pani Marii, która opowiedziała mi o każdorazowym planowaniu wyprawy na film. Nie dopuszczała myśli, że na seans można się spóźnić. Z mężem wyruszali do kina ze sporym zapasem czasu. Życie "pozakinowe" zajmowało zdecydowanie mniejszą część życia tego wyjątkowego małżeństwa.

Maria Kalinowska o wyprawach na filmy

To dlatego, że wyprawy do kina były wtedy utrudnione - pani Maria nie lubiła zimy. Po pierwsze obawiała się, że może upaść na śliskim chodniku, po drugie - że się przeziębi. W chłodniejsze dni, często osłaniała twarz chusteczką, a na głowie nosiła charakterystyczną wiatroszczelną chustkę. W trakcie naszego spotkania w 2009 roku zapytałem państwa Kalinowskich o to, czy wolą małe studyjne kina czy lepiej im w nowoczesnych multipleksach.

Kalinowscy: Te kina prezentują najszerszy wachlarz filmowy

Maria Makowska-Kalinowska urodziła się w 1945 roku. Bogdan Kalinowski w 1939 roku. Wspólne oglądanie filmów rozpoczęli u schyłku lat 70. Minionego stulecia. W 2015 roku w swoich zeszytach odnotowali blisko 14 tysięcy tytułów. Na wielu festiwalach filmowych byli przyjmowani z honorami - mieli swoje loże i specjalne wejściówki. Znana sieć kin wręczyła im także złotą kartę, która umożliwiała im darmowe wejścia na seanse. Na murach pawilonu w bliskim sąsiedztwie akademików przy ulicy Piątkowskiej powstał mural poświęcony najsłynniejszym kinomanom w Polsce.

Agata Kochaniewicz: Będzie ich bardzo brakowało

Artykuł pochodzi z kategorii: Kultura

Malwina Zaborowska

Mateusz Chłystun