Ponad 400 medycznych obiektów w Ukrainie zostało zniszczonych. Każdego dnia przybywa chorych i rannych ludzi. Podczas ratowania życia giną lekarze i pielęgniarki. Taka jest rzeczywistość, w której oprócz pomagania ofiarom działań wojennych - cywilom i żołnierzom - trzeba znaleźć jeszcze czas i środki, by leczyć chorych na różne inne schorzenia. Największe problemy to przerwy w dostawie prądu i wody do szpitali, dostęp do protez i trudności z dotarciem do pacjentów.

REKLAMA

64,5 tysiąca obiektów cywilnych w Ukrainie zniszczono. W tym ponad 400 placówek medycznych. Te, które ocalały, mają często uszkodzoną infrastrukturę. Brak wody, prądu, brak ogrzewania to fatalne, wręcz niemożliwe warunki, by leczyć osoby z przewlekłymi schorzeniami - mówi w wywiadzie dla RMF FM prof. Iryna Wenediktowa.

Nasi bohaterscy ludzie robią, co mogą, ale sytuacja wygląda tragicznie. Nie ma prądu, wody, bo ona zależy od dostaw prądu. Pojawia się ważne pytanie, na ile w tej sytuacji można coś zrobić, wykonywać swoje obowiązki - dodaje.

Przyznaje, że nie ma odpowiednich możliwości, by prowadzić pacjentów onkologicznych, neurologicznych, kardiologicznych i z różnymi przewlekłymi schorzeniami. W mediach głośne było nagranie z Instytutu Serca w Kijowie. Lekarze musieli dokończyć przy latarkach operacje na otwartym sercu u dziecka, gdy w placówce zabrakło prądu.

Do tego każdego dnia, z każdą godziną przybywa nowych chorych np. wymagających protezowania. Na Ukrainę spada grad bomb i rakiet, a to oznacza, że kolejni - zdrowi wcześniej ludzie - potrzebują protez i rehabilitacji.

Dotyczy to dorosłych i dzieci. Ciało człowieka się zmienia, proteza, która była odpowiednia, nie pasuje, do tego ciało dziecka cały czas rośnie. Dlatego problem protezowania to także problem numer jeden w Ukrainie - dodaje Wenediktowa.

Bardzo trudno oszacować, jak bardzo wzrosła liczba pacjentów w Ukrainie od wybuchu wojny, bo istnieje wewnętrzna migracja. Ludzie się przemieszczają, a to utrudnia dotarcie do nich z fachowa pomocą.

Dziś ktoś jest w Kijowie, potem pojedzie do Lwowa, potem wróci znów do Charkowa czy Chersonia. Jest też problem z dotarciem z pomocą. Były wypadki, w których karetka jadąca do poszkodowanych rozwalała się na minach na wyzwolonych terenach - relacjonuje Wenediktowa.

Koszty, które będzie ponosiła ukraińska służba zdrowia, nawet gdyby wojna wkrótce się zakończyła, będą ogromne. Warto nadmienić, że samych postępowań w sprawie przestępstw wojennych w Ukrainie prowadzi się już 48 tysięcy.