Ten dzień może być przełomowy - 27 kwietnia dojdzie do pierwszego od dekady szczytu Północnej i Południowej Korei. To kolejny ważny krok, świadczący o tym, że północnokoreański reżim chce rozmawiać ze światem i pojawia się cicha - ale jednak - nadzieja na obniżenie napięcia na podzielonym półwyspie.

REKLAMA

Wieś Panmundżom w strefie zdemilitaryzowanej, 53 kilometry od Seulu - to tam prowadzone są wszystkie rozmowy między delegacjami z Północnej i Południowej Korei. Tam też 27 kwietnia odbędzie się ważny, trzeci w historii i pierwszy od ponad dekady szczyt między skłóconymi sąsiadami. To będą rozmowy na najwyższym szczeblu - wezmą w nich udział prezydent Korei Południowej Mun Dze Ina i przewódca KRLD Kim Dzong UN.

Choć dokładny program szczytu nie został jeszcze ujawniony wiadomo, że rozmowy będą dotyczyć rozbrojenia atomowego i reperowania stosunków między starymi wrogami. Delegacje obu państw mają spotkać się 4 kwietnia by ustalić szczegóły, dotyczące m.in. bezpieczeństwa i infrastruktury.

Presja działa?

Wspólny szczyt obu Korei to kolejny krok na drodze "otwierania się" reżimu z Północy na świat. To również znak, że międzynarodowe sankcje odnoszą skutek - przekonuje w rozmowie z RMF FM dr Marceli Burdelski z Instytutu Bliskiego i Dalekiego wschodu UJ. Kim Dzong Un ma tylko dwie opcje: kontynuować testy rakietowe, pogłębić sankcje w sposób niesamowity i spowodować dalszą izolację kraju, a druga opcja to dialog z Południem - podkreśla.

Kim właściwie musiał wybrać rozmowę, bo sankcje są dla Korei Północnej wyjątkowo bolesne - również dlatego, że włączyły się w nie Chiny, wcześniej wieloletni partner handlowy Pjongjangu. W kraju zaczyna brakować nie tylko jedzenia, ale też np. paliwa.

Pierwszym, być może milowym krokiem na drodze dialogu, będzie właśnie szczyt w Panmundżom. Korea Południowa położy na stole przede wszystkim kwestie rozbrojenia atomowego całego półwyspu, będzie też żądać od Kim Dzong Una by ten zaprzestał testów rakietowych.

Północnokoreański reżim będzie starał się walczyć z izolacją kraju. Północ oczekuje, że w ramach ograniczenia sankcji Południe ponownie zaangażuje się inwestycyjnie, ponownie zostanie otwarty ośrodek przyjmujący turystów południowokoreańskich - przekonuje dr Burdelski. Szczyt zakończy się najprawdopodobniej wspólną deklaracją, w której obie strony zobowiążą się do podjęcia konkretnych działań.

Wczoraj Xi, jutro Trump

Wcześniej w tym tygodniu Kim Dzong Un niespodziewanie pojawił się w Chinach. Był tam od niedzieli do środy, ale oficjalnie potwierdzono tę wizytę dopiero, gdy się zakończyła.

Przywódca Korei Północnej spotkał się z prezydentem państwa środka, Xi Jingingiem - te rozmowy to również skutek wielu zapewnień Kima o chęci rozbrojenia atomowego. Bo choć Chiny uchodzą za najważniejszego sojusznika KRLD, to stosunki między tymi państwami ostatnio mocno się ochłodziły, głównie przez próby atomowe i rakietowe, które destabilizowały sytuację w regionie. Zawieszenie tych prób oraz deklaracje o denuklearyzacji sprawiły, że wizyta Kima w Pekinie była możliwa - to była zresztą jego pierwsza podróż zagraniczna od momentu objęcia władzy w 2011 roku.

Kolejnym przełomowym momentem dla półwyspu koreańskiego będzie zaplanowane na maj spotkania Kim Dzong Una z Donaldem Trumpem. Informacja o zaproszeniu dla amerykańskiego prezydenta pojawiła się niespodziewanie na początku marca i była sporym szokiem dla społeczności międzynarodowej - zwłaszcza, że Trump niemal od razu przyjął to zaproszenie.

Nie jest jeszcze pewne, gdzie mają odbyć się te rozmowy, ale mówi się nawet o Pjongjangu. Administracja prezydenta USA podchodzi jednak do sprawy z dużą ostrożnością. Amerykanie ciągle zastanawiają się, czy ta zmiana polityki Kim Dzong Una jest spowodowana szczerą chęcią do denuklearyzacji - mówi dr Marceli Burdelski.

Na półwyspie koreańskim każdy prowadzi bowiem swoją grę - i każdy gra na siebie. Nie ma jednak wątpliwości, że otwarcie reżimu Kima na dialog daje nadzieję na obniżenie napięcia, które od lat spędza Koreańczykom sen z powiek.

(ph)