Polscy misjonarze z Ngaoundaye na północy Republiki Środkowoafrykańskiej ukrywają się już w buszu. Musieli opuścić centrum edukacyjne, gdzie ukrywali się przez ostatnie dni po tym, jak musieli porzucić misję.

REKLAMA

Misjonarze nadal jednak nie chcą ewakuować się z terenów, przez które do Czadu uciekają islamscy bojówkarze. Musieli uciekać do buszu, bo rano w ich miejscowości słychać było strzały. Dostali też ostrzeżenie, że bojówkarzom islamskim popsuły się samochody i będą próbować je naprawić, a wtedy na pewno pojawią się w misji. O godzinie 6.30 i 7.30 usłyszeliśmy strzały w powietrze.

Popatrzyliśmy przez okno, ludzie zaczęli biegać. Okazało się, że znów

kilkanaście samochodów wjechało do naszej miejscowości Ngaoundaye (...).

Uciekliśmy, jesteśmy teraz razem z ludźmi w miejscu, w którym nas nie

znajdą - powiedział misjonarz.

W rozmowie z reporterem RMF FM ojciec Benedykt Pączka mówił, że w buszu wraz z miejscową ludnością będą ukrywać się do wieczora. Powiedział również, że rozmawiał z polskim konsulem z Paryża, który kolejny raz oferował im ewakuację. Misjonarze podkreślają jednak, że to nie wchodzi w rachubę. Niestety konsul powiedział, że Francuzi wykluczyli wysłanie w tamto miejsce swoich sił, by odstraszać islamistów.

Misjonarze uciekają przed Seleką, muzułmańską milicją. Jak mówił nam wczoraj o. Pączka, członkowie misji już dwa razy spotkali się "twarzą w twarz" z rebeliantami. Jedno spotkanie było bardzo ostre, grozili nam śmiercią. Podczas drugiego skradli praktycznie wszystko, co mieliśmy na misji. I odjechali też grożąc bronią i strzelając - opisywał.

Rebelianci muzułmańscy zaatakowali misję polskich misjonarzy w miejscowości Ngaoundaye. Przebywają tam m.in. polscy kapucyni i siostry ze Zgromadzenia Służebnic Matki Dobrego Pasterza. Zaatakowani nie chcieli zostawić swoich podopiecznych - m. in. sierot i niewidomych.

W walkach między muzułmanami i chrześcijanami w Republice Środkowoafrykańskiej zginęło ostatnio co najmniej 75 osób. Walki wybuchły z nową siłą po wycofaniu się w ub. miesiącu ze stolicy kraju Bangi muzułmańskich rebeliantów z koalicji Seleka.

Obecność wojsk francuskich i sił pokojowych z krajów afrykańskich nie doprowadziło dotychczas do poprawy sytuacji. W Republice Środkowoafrykańskiej, byłej kolonii Francji, znajduje się teraz ok. 1600 żołnierzy francuskich i ok. 5000 z państw afrykańskich. Skupiają się oni jednak na przywracaniu porządku w stolicy kraju i częściowo na północy. Do aktów przemocy dochodzi natomiast w odległych rejonach kraju.

Według ocen ONZ, aby skutecznie przywrócić spokój i porządek w Republice Środkowoafrykańskiej, trzeba by tam wysłać co najmniej 10 tys. żołnierzy.

Rebelianci z Seleki, będącej luźnym sojuszem przeważnie muzułmańskich milicji, doprowadzili w marcu 2013 r. do obalenia rządu a ich przywódca Michel Djotodia obwołał się prezydentem. Jednak w ub. miesiącu został zmuszony do ustąpienia po fali krytyki w kraju i społeczności międzynarodowej, która zarzucała mu, że nie zdołał zapobiec pladze aktów przemocy. Kraj coraz bardziej pogrążał się w chaosie. Podczas rządów Seleki dochodziło do licznych aktów przemocy wymierzonych przeciwko chrześcijanom, co doprowadziło do powstania chrześcijańskich milicji. Setki osób zostało zamordowanych a milion, czyli ok. 25 proc. ludności kraju, musiało uciekać przed oprawcami.