"Na pewno jest tak, że będziemy mieli do czynienia z szybką procedurą wyborczą. I to jest konieczność zarówno z uwagi na trudną sytuację gospodarczą Wielkiej Brytanii jak i już zapowiedziane pewne ramy czasowe" - mówił w radiu RMF24 dr Przemysław Biskup, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Kto zostanie nowym premierem Wielkiej Brytanii oraz czy wybór wpłynie na kwestię wsparcia dla Ukrainy, o to przepytał naszego gościa Michał Zieliński.

REKLAMA

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Ekspert: Być może problemem Liz Truss był nadmiar demokracji

Michał Zieliński, RMF24: Liz Truss podała się do dymisji. Krótko rządziła - 44 dni. Niektóre źródła wyliczają ten okres na 45 dni. Krótko się też żegnała - jak wyliczyły brytyjskie stacje telewizyjne jej oświadczenie wygłoszone na Downing Street trwało zaledwie 90 sekund. Moim gościem jest dr Przemysław Biskup, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Dzień dobry.

Dr Przemysław Biskup: Dzień dobry.

To chyba najkrótsza kadencja premiera w historii Wielkiej Brytanii, tak?

Tak. Myślę, że to ustanowi rekord, który będzie trudny do pobicia w przyszłości.

A wcześniej były te problemy z Borisem Johnsonem, teraz ta szybka rezygnacja. Zacznę od pytania, które może wymagać pewnie kilkutomowego dzieła, ale poproszę, żeby pan spróbował krótko na nie odpowiedzieć. Co się dzieje z brytyjską polityką i dlaczego?

Na razie właściwie można powiedzieć, że z jednej strony nic takiego, bo to wszystko to sytuacje mieszczące się w ramach kanonu konstytucyjnego. Partia rządząca zdecydowała się ponownie zmienić swojego premiera...

W demokracji to działa, ale jakoś inaczej niż tradycja wskazuje, co jest bardzo ważne na Wyspach przecież.

Tutaj być może problemem pani Truss był nadmiar demokracji, bo gdyby ona była wybierana w oparciu tylko o tradycyjną procedurę, gdzie głosują wyłącznie posłowie, to nie zostałaby nigdy premierem. A ona została wybrana na premiera i przywódcę partii głosami szeregowych członków tej partii, ale nigdy nie mając poparcia większego niż mniej więcej jedna trzecia swoich kolegów w parlamencie. Ale pamiętajmy, że na co dzień rząd rządzi przy większości parlamentarnej. A więc jednoznaczny brak akceptacji pani Truss jako przywódcy przez dwie trzecie jej posłów był zawsze dużym obciążeniem.

I co będzie dalej? Boris Johnson chciałby wrócić, Rishi Sunak też według wstępnych informacji będzie się starał, jest faworytem. To on będzie kolejnym premierem Wielkiej Brytanii, myśli pan?

Ja bym nie był tego taki pewien. Na pewno jest tak, że będziemy mieli do czynienia z szybką procedurą wyborczą. I to jest konieczność zarówno z uwagi na trudną sytuację gospodarczą Wielkiej Brytanii, jak i już zapowiedziane pewne ramy czasowe. Wiemy, że ten konkurs skończy się do 28 października, a 31 jest bardzo ważne oświadczenie budżetowe i to już nowy rząd musi tego dokonać. Natomiast z drugiej strony prawie na pewno możemy oczekiwać, że próg wejścia do tego konkursu, to nie będzie poparcie 20 posłów, ale być może nawet stu, czy nawet trochę większej liczby. Na pewno wydaje mi się, że to poparcie zostanie na tyle wysoko ustawione, żeby lista potencjalnych kandydatów nie przekroczyła 4-5 osób, bo wtedy można bardzo szybko dokonać dwóch-trzech głosowań parlamentarnych i wybrać tego przywódcę.

A kto mógłby skutecznie rywalizować z Sunakiem?

W tej chwili wydaje się, że wyłania się taka grupa kandydatów: Rishi Sunak jako główny kontrkandydat Liz Truss w poprzednim konkursie. Być może wystartuje też pani Penny Mordaunt, ona była trzecia w poprzednim konkursie i miała w grupie parlamentarnej porównywalne z Sunakiem i Truss poparcie. Każde z nich dostało mniej więcej po jednej trzeciej głosów poselskich. Wydaje mi się, że wystartuje też jakiś reprezentant prawego skrzydła. Najprawdopodobniej będzie to Suella Braverman, która wczoraj ustąpiła z urzędu ministra spraw wewnętrznych. Wiele wskazuje na to, że może to też być Boris Johnson.

Informacja sprzed chwili jest taka, że James Cleverly, który jest ministrem spraw zagranicznych nie będzie się starał o to stanowisko. Czy to, kto będzie tym szefem rządu brytyjskiego może mieć jakikolwiek wpływ na politykę zagraniczną Wielkiej Brytanii? Co może nas interesować z nadwiślańskiej perspektywy?

Tak. Gdyby w nowym konkursie zwyciężyła kandydatka czy kandydat prawego skrzydła, to moim zdaniem z punktu widzenia interesów polskich, wpłynie to na relacje unijno-brytyjskie. Natomiast jeżeli zwycięży kandydat centrowy czy z lewego skrzydła, to raczej tutaj można oczekiwać stopniowego układania się relacji unijno-brytyjskich. Oczywiście pewne problemy istnieją obiektywnie i one nie znikną tylko dlatego, że jedna czy druga osoba zostanie premierem. Ale sam ton rozmów będzie moim zdaniem dużo spokojniejszy. Natomiast jeżeli chodzi o inną kwestię, która nas czy Ukrainę szczególnie interesuje, to wydaje mi się, że tutaj co do zaznaczonego kierunku marszu możemy być dosyć spokojni. Ewidentnie kwestia ukraińska jest czymś, co się cieszy konsensusem ponadpartyjnym, wewnątrzpartyjnym i międzypartyjnych. Natomiast musimy sobie zdać sprawę, że w tej dziedzinie dużo też zależy od szczegółów. Np. Liz Truss w pierwszych dniach swojego już skończonego premierostwa zapowiedziała podwyższenie wydatków na obronę do 3 proc. PKB i później to zobowiązanie zostało zakwestionowane. Prawie na pewno ono nie zostanie dotrzymane przez kandydatów, którzy by utrzymali na fotelu obecnego ministra finansów Jeremy'ego Hunta. A jeżeli Wielka Brytania nie podwyższy wydatków na obronę, to siłą rzeczy trudno jej będzie zwiększyć np. obecność na flance wschodniej.

No tak, to cenna uwaga, ale chyba możemy być pewni tego, że jak podkreślił przed chwilą amerykański prezydent Joe Biden, sojusz brytyjsko-amerykański pozostanie niewzruszony, prawda?

Myślę, że na pewno pozostanie bardzo bliski. Tutaj trwałość tego sojuszu wynika z czynników strukturalnych, bardzo zadawnionej współpracy, wysokiego stopnia integracji sił zbrojnych, wspólnoty wywiadowczej. Najmniej oczywiście bardzo podobnie definiowanych interesów.


Opracowanie: Kinga Adamczyk