"Jadę do lekarza w Wuerzburgu" - takie zdanie usłyszeli od Corneliusa Gurlitta niemieccy dziennikarze, którzy spotkali właściciela legendarnej już kolekcji obrazów przed jego mieszkaniem w Monachium. O Gurlitcie stało się głośno, kiedy policja zarekwirowała mu blisko półtora tysiąca bezcennych obrazów.

REKLAMA

Nie wiadomo, gdzie jest, nie wiadomo nawet, czy żyje - tak jeszcze kilka dni temu wypowiadały się na temat Gurlitta policja i prokuratura w Bawarii. W piątek namierzyć go mieli francuscy reporterzy - osiemdziesięciolatek robił zakupy w pobliżu swojego mieszkania. Wczoraj zaś, gdy przed blokiem wsiadał do taksówki, widziało go już więcej dziennikarzy i fotoreporterów.

Gurlitt zdążył powiedzieć, że jedzie do lekarza i że wszystkie obrazy i dokumenty z nimi związane przekazał prokuraturze.

Teraz media zastanawiają się, jak to możliwe, że śledczy nie wiedzą, gdzie jest emeryt od obrazów, podczas gdy ten spokojnie pojawia się w swoim mieszkaniu. Na jego drzwiach pojawiła się podobno kartka "Zostawcie mnie w spokoju". Według sąsiadów, charakter pisma należy do Gurlitta.

Magazyn "Der Spiegel" ogłosił z kolei, że dostał list od kolekcjonera i opublikuje go w najbliższym numerze. Niech moje nazwisko nie pojawia się więcej w Waszym piśmie - miał napisać Gurlitt.

(edbie)