W Paryżu nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Czy będzie kolejny protest?

Sobota, 1 grudnia 2018 (10:07)
Aktualizacja: Sobota, 1 grudnia 2018 (10:33)

Nadzwyczajne środki bezpieczeństwa zostały wdrożone w Paryżu przed dzisiejszą demonstracją ruchu żółtych kamizelek przeciwko polityce prezydenta Emmanuela Macrona. Porządku strzec będzie ponad 5000 policjantów i żandarmów.

Stołeczna policja obawia się starć ulicznych, takich jakie miały miejsce tydzień temu. Można zresztą odnieść wrażenie, że prezydent Emmanuel Macron i rząd premiera Eduarda Philippe’a nie wiedzą za bardzo, co robić.

Demonstracja na Polach Elizejskich została zakazana - ale jednocześnej ulica jest zamknięta dla ruchu samochodowego, tak jakby władze pogodziły się już z tym, że ruch żółtych kamizelek będzie tam znowu demonstrował.

W ostatnią sobotę doszło w centrum Paryża do starć z policją - funkcjonariusze użyli m.in. gazu łzawiącego, armatek wodnych i granatów hukowych. Obserwatorzy przypuszczają, że może dojść do starć - wiele witryn sklepowych na Polach Elizejskich chronią dzisiaj płyty pilśniowe - zlikwidowano też wiele kawiarniach ogródków.

Ja i moi koledzy jesteśmy studentami i klepiemy biedę - będziemy znowu protestować przeciwko prezydentowi Macronowi, bo on w ogóle się naszym losem nie przejmuje - tłumaczy nam młody Paryżanin.

Francuscy obserwatorzy o przyszłości "żółtych kamizelkach"

Podczas gdy w Paryżu rozpoczęła się w sobotę kolejna manifestacja przedstawicieli ruchu protestacyjnego "żółte kamizelki", francuscy obserwatorzy zastanawiają się nad przyszłością tego ruchu. W sondażach poparcie dla niego wyraża już około 85 proc. ankietowanych.

Francuski premier Edouard Philippe miał w piątek przyjąć delegację "żółtych kamizelek". W pałacu Matignon (jego siedzibie) zjawiły się jednak tylko dwie osoby: pierwszy delegat wyszedł po kilku minutach, a drugi wszedł i wyszedł tylnymi drzwiami.

Dziennik lokalny (region Midi-Pyrenees) "La Depeche" pierwszostronicowym tytułem głosi "fiasko spotkania z premierem", a dziennik "Le Figaro" pisze o "niemożliwym dialogu między rządem a żółtymi kamizelkami". "Jak można kontynuować rozmowy, które nigdy się naprawdę nie zaczęły?" - pyta reporter paryskiej gazety. 

Przywódca centrali związkowej CFDT Laurent Berger powiedział dziennikarzom, że "rząd zbiera to, co zasiał" i wyliczył: "pogardę dla instancji pośrednich, takich jak związki, i całkowite oddzielenie się od społeczeństwa".

Przebywający w Argentynie na szczycie G20 prezydent Francji Emmanuel Macron zapowiedział, że w najbliższym czasie podejmie "dodatkowe decyzje, ale w żadnym wypadku nie będzie to wycofywaniem się" z planowanego podwyższenia akcyzy na paliwo, przeciwko którego buntują się protestujący. Macron wyraźnie powiedział też, że nie będzie osobiście rozmawiał z "żółtymi kamizelkami".

Obserwatorzy zwracają uwagę, że porównania do średniowiecznej żakerii (powstania ludowego) czy też do prawicowej rewolty handlowców z lat 50. XX wieku nie oddają istoty buntu "żółtych kamizelek".

Mamy do czynienia z pierwszą wewnętrzną wojną asymetryczną, na którą nie był przygotowany ani rząd, ani partie polityczne, ani związki - twierdził w debacie radia France Info specjalizujący się w sprawach energii dziennikarz Erwan Benezet. 

Po raz pierwszy od dawna Francuzi naprawdę dyskutują o polityce. W kąt poszły partyjne gierki i kacyki, mówi się o sile nabywczej, o stosunku władz do społeczeństwa, o prawdziwej polityce - dopowiadał zastępca redaktora naczelnego tygodnika "Marianne" Herve Nathan.

Obserwatorzy zgadzają się, że tego ruchu nie da się ustawić na prawicy czy na lewicy. Na początku - zauważają - wśród "żółtych kamizelek" wybijały się elementy skrajnie prawicowe, a obecnie ich żądania - zwiększenie siły nabywczej, przeciwstawianie się nierównościom i niesprawiedliwości społecznej - zbliżają się do klasycznych programów lewicy.

(ag,j.)

Artykuł pochodzi z kategorii: Świat

Marek Gładysz