"Tym razem Izrael może zaatakować"

Sobota, 12 listopada 2011 (09:33)

Izrael może zdecydować się na atak na irańskie instalacje nuklearne - podał internetowy "The Economist". Wnioskuje tak z ostrej reakcji Tel Awiwu na raport na temat programu zbrojeń nuklearnych Iranu, który trafił do mediów we wtorek.

Nazywając raport MAEA dokumentem, który "zmienił reguły gry", "Economist" pisze na swych stronach internetowych, że postawione w nim diagnozy mogą być preludium do zbrojnego uderzenia Izraela na Iran. Ale niekoniecznie.

Wątpliwości co do szans powodzenia takiej operacji miałaby nawet izraelska armia i byłyby one uzasadnione - komentuje "Economist". Instalacje nuklearne Iranu są liczne i rozproszone, a część z nich jest ukryta tak głęboko pod ziemią, że Izraelczycy mogą nie znać ich lokalizacji. Ponadto bronią ich rosyjskie rakiety krótkiego zasięgu.

Rzucając do akcji wszystkie swe siły Tel Awiw mógłby spowolnić o kilka lat proces powstawania irańskiej bomby atomowej, ale nie ma na to gwarancji - pisze brytyjski tygodnik.

Pewna byłaby za to reakcja Teheranu, który zaatakowałby własnymi rakietami, a jednocześnie rozpoczął wojnę za pomocą swych świetnie uzbrojonych pełnomocników: Hezbollahu w Libanie i Hamasu w Gazie.

Wcześniej nie, teraz - tak. Dlaczego?

Dlaczego więc Izrael miałby zaatakować Iran tym razem, skoro zaniechał tego wcześniej? Jest - zdaniem "Economista" - kilka możliwych odpowiedzi.

Po pierwsze, Iran przemieszcza szybko swoje wirówki do tajnych niegdyś zakładów wzbogacania uranu Fordu (budowa tej instalacji, położonej 20 km od miasta Kud miała zostać zakończona w 2011 roku), które wbudowane zostały głęboko we wnętrze góry i mogą być niezniszczalne przy pomocy broni konwencjonalnej.

Po drugie, chaos i demonstracje w Syrii mogą wykluczyć z gry najważniejszego dotąd sojusznika Iranu.

Po trzecie, wycofanie z Iraku amerykańskich wojsk likwiduje pewne ograniczenia USA, sprawia też, że żołnierze najważniejszego sojusznika Izraela nie mogą już być celem potencjalnego kontrataku, czy zemsty Teheranu.

A wreszcie, gdyby Tel Awiw liczył, że będzie potrzebował armii USA, by skończyć to, co zaczną jego własne siły zbrojne, to nie może trafić na lepszy moment, niż teraz. Osłabiony kryzysem prezydent Barack Obama walczyć będzie z Republikanami, którzy na rok przed wyborami z bezwarunkowego poparcia dla Izraela uczynili kluczowy element swojego programu.

Artykuł pochodzi z kategorii: Świat

RMF24-PAP