Protesty i starcia z milicją na Białorusi."Nieznany los setek ludzi"

Poniedziałek, 10 sierpnia (06:25)
Aktualizacja: Poniedziałek, 10 sierpnia (17:59)

Niespokojna noc na Białorusi i w Mińsku. Po wyborach prezydenckich, w których według oficjalnych danych zwyciężył urzędujący prezydent Alaksandr Łukaszenka, w stolicy kraju i innych miastach doszło do starć milicji z protestującymi. Jak podała agencja Reutera, powołując się na centrum praw człowieka Wiasna, zginęła co najmniej jedna osoba. "Ofiar śmiertelnych nie ma" - twierdzi natomiast białoruskie MSW. Resort podał, że zatrzymano ok. 3 tys. osób.

Demonstracje protestacyjne i starcia z milicją wybuchły w Mińsku po ogłoszeniu wyników oficjalnego badania exit poll, według którego w niedzielnych wyborach prezydenckich zwyciężył obecny szef państwa Alaksandr Łukaszenka uzyskując, według różnych badań, od 71 do 79 procent poparcia. Jego główna rywalka Swiatłana Cichanouska mniej niż 10 proc. głosów. O poranku białoruska komisja wyborcza podała, że w wyborach prezydenckich zwyciężył Alaksandr Łukaszenka uzyskując równo 80 procent poparcia. Opozycyjna kandydatka SwiatłanaCichanouska zdobyła 9,9 procent głosów. Co innego mówią dane z zagranicy. Według sondażu, przeprowadzonego na 8 tys. osób w 20 lokalach wyborczych za granicą, Cichanouska zdobyła 85,83 proc. głosów, zaś na urzędującego prezydenta Alaksandra Łukaszenkę oddano 4,3 proc. głosów. 1,55 proc. wyborców zagłosowało przeciwko wszystkim kandydatom. Nieco ponad 7 proc. ankietowanych odmówiło odpowiedzi na pytanie, na kogo głosowali.

Białoruskie służby siłowe potwierdziły zastosowanie "specjalnych środków" przeciwko uczestnikom demonstracji w Mińsku - poinformowała w nocy z niedzieli na poniedzialek rzeczniczka MSW Białorusi Olga Czemodanowa.

Funkcjonariusze służb stojących na straży prawa byli zmuszeni zastosować specjalne środki przeciwko uczestnikom niepokojów. Zastosowano specjalną technikę i granaty hukowe - powiedziała Czemodanowa.

Według Czemodanowej sytuacja w Mińsku "jest pod kontrolą" a w mieście zastosowano wzmożone środki bezpieczeństwa.

Niezależne media: Milicja strzelała gumowymi kulami

Niezależne media informują o rannych w różnych punktach białoruskiej stolicy.

Na prospekcie Maszerawa granat hukowy ranił jednego z demonstrantów, zabrała go karetka pogotowia, jego stan jest ciężki - podała niezależna gazeta "Nasza Niwa". Ludzie stali przed OMONem w pewnej odległości. Nie szli, a stali naprzeciwko. W pewnym momencie zaczęły wybuchać granaty hukowe i ludzie w panice zaczęli się rozbiegać. Niektórzy przewracali się na ziemię - opowiadał Alaksiej, świadek z którym rozmawiała PAP o wydarzeniach, do których doszło na ulicy Maszerawa w Mińsku w niedzielę wieczorem po zakończeniu wyborów prezydenckich. 

Te granaty są dość przerażające. To takie duże puszki, jedna wybuchła około 10 metrów ode mnie. To nie tylko wybuch i błysk - przez kilka sekund nic nie słyszysz i nie widzisz - powiedział Alaksiej.

Widziałem też te kule gumowe, chociaż nie jak strzelali. Były różnej wielkości, niektóre mniejsze niż pięść - dodał.

Jak powiedział, OMON skutecznie wypierał protestujących z ulicy Maszerawa. To co najbardziej mnie zszokowało to to, że milicja zaczęła napierać pierwsza. Nie czekała nawet na pretekst ze strony ludzi - ocenił.


Milicja strzelała do ludzi gumowymi kulami w rejonie ulicy Kalwaryjskiej, trzy osoby są ranne, zabrało je pogotowie - podały białoruskie media.

Media informują, że dotkliwie pobity w Mińsku został dziennikarz agencji Associated Press Mścisłau Czarnou, również do niego wezwano karetkę pogotowia.

Wcześniej media podały, że 30-letni mężczyzna został ranny przez samochód milicyjny, który - według tych doniesień - umyślnie wjechał w tłum.

Późnym wieczorem demonstrujący w Mińsku zaczęli wznosić prowizoryczne barykady, wykorzystując kosze na śmieci i donice z kwietników. Również w innych miastach doszło do konfrontacji pomiędzy milicją i protestującymi.

Po nocnych protestach na Białorusi nieznany jest los setek ludzi - usłyszał przed chwilą w siedzibie tamtejszego Centrum Praw Człowieka Wiosna reporter RMF FM. 

O utracie kontaktu ze swoim dziennikarzem Maksimem Sołopowem poinformował niezależny rosyjski portal Meduza, którego redakcja znajduje się na Łotwie. Reporter pracował w Mińsku i według niektórych doniesień został pobity przez milicję.

Sołopow przestał odbierać telefony po godz. 1 w nocy czasu lokalnego (północy czasu polskiego) i od tej pory ani redakcja, ani rodzina dziennikarza nie mają z nim kontaktu.

Gdy współpracownicy rozmawiali z nim po raz ostatni, Sołopow znajdował się w centrum Mińska w miejscu, gdzie policja brutalnie zatrzymywała uczestników protestów powyborczych.

Portal internetowy Daily Storm podał, że Sołopow został pobity przez milicję. Redakcja przypuszcza, że potem mógł trafić do samochodu milicyjnego. Jednak ambasada Rosji w Mińsku nie ma informacji o Rosjanach zatrzymanych bądź rannych w czasie protestów - podaje Meduza.



Zatrzymania dziesiątek osób

Siły specjalne OMON przystąpiły do usuwania demonstrantów z sąsiadujących ze Starym Miastem rejonów Mińska. Według świadków zatrzymywane są dziesiątki osób.

W rejonie obelisku "Mińsk - miasto-bohater", gdzie - jak się ocenia - zgromadziło się ok. tysiąca demonstrantów, trwały starcia. Słychać było tam wybuchy granatów hukowych i widać w akcji pojazdy służb siłowych.

Na Prospekcie Niepodległości kilkuset protestujących zablokowało ruch uliczny skandując hasło "Zmian!"

Do demonstracji doszło także w wielu innych miastach Białorusi, m. in. w Brześciu, Kobryniu, Pińsku, Baranowiczach, Homlu i Grodnie.

Białoruskie MSW: Zatrzymano ok. 3 tys. osób

W nocy zatrzymano w całym kraju około 3 tys. osób za udział w zgromadzeniach masowych odbywających się bez zezwolenia; w tym około 1000 w Mińsku i ponad 2 tys. w innych miastach - podało dziś w komunikacie białoruskie MSW. Służby prasowe MSW poinformowały, że w 33 miejscowościach w noc powyborczą doszło do "punktowych zgromadzeń obywateli w rejonie lokali wyborczych i na centralnych placach".

W komunikacie napisano, że w trakcie zgromadzeń poszkodowanych zostało 39 milicjantów i ponad 50 osób cywilnych. Resort oświadczył, że demonstrujący w Mińsku rzucali w milicjantów płytami chodnikowymi "i innymi przedmiotami", a w Pińsku opór siłom porządkowym stawiła "grupa agresywnie nastawionych obywateli". Ludzie ci, uzbrojeni w pręty, kamienie i metalowe przedmioty "próbowali zorganizować atak na funkcjonariuszy" - czytamy w komunikacie. Część zatrzymanych "była w stanie upojenia alkoholowego" - dodało MSW.

Zapewniło także, że podana wcześniej przez media informacja o ofierze śmiertelnej "jest zupełnym fake newsem".

Cihanouska wezwała do zaprzestania przemocy

Opozycyjna kandydatka na prezydenta Białorusi Swiatłana Cichanouska wezwała w nocy z niedzieli na poniedziałek swoich zwolenników i funkcjonariuszy służb siłowych do powstrzymania się od przemocy. Obarczyła też władze odpowiedzialnością za to podczas starć ucierpieli ludzie.

Chcę poprosić milicję i wojsko aby pamiętali o tym, że są częścią narodu. Chce też poprosić swoich wyborców: unikajcie prowokacji, nie trzeba dawać powodu do stosowania wobec was przemocy - powiedziała Cichanouska cytowana przez jeden z niezależnych portali.

Wiem, że Białorusini obudzą się jutro w nowym kraju i mam nadzieję, że jutro będą tylko dobre wiadomości. Proszę, zaprzestańcie przemocy - dodała.

Wcześniej Cihanouska oświadczyła, że odpowiedzialność za wydarzenia na ulicach Mińska ponoszą władze, które "nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa obywatelom i w znaczniej mierze sprowokowały taką sytuację".

Ludzie nie wychodzili z bronią, mają prawo wychodzić na ulice swojego miasta i wyrażać swoje poglądy - dodała Cichanouska cytowana przez jej sekretarz prasową Annę Krasulinę.

Łukaszenko: Protestami sterowano z Polski, Wielkiej Brytanii i Czech

Do niepokojów odniósł się Alakandr Łukaszenka. Ostrzegałem: nie będzie Majdanu, bez względu na to, jak bardzo ktoś tego chce - mówił sondażowy zwycięzca wyborów. Nie pozwolimy, by kraj został rozdarty - powiedział. Dodał także, że z 33 lokali wyborczych w Mińsku trzeba było ewakuować członków komisji, gdyż placówki były blokowane przez protestujących.

Łukaszenka stwierdził także, że służby "nagrały rozmowy". To były telefony z zagranicy, z Polski, Wielkiej Brytanii i Czech, oni kontrolowali - przepraszam za sformułowanie - te owce. Oni nie rozumieją, co robią, już są sterowani - powiedział. Stwierdził, że winni protestów są "majdaniarze" z zagranicy oraz "pewien napływ ludzi z Rosji".

Polski MSZ i KE zabierają głos

Głos w sprawie zamieszek zabrało polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. "W obliczu trwających na Białorusi wydarzeń, MSZ RP wyraża głębokie zaniepokojenie brutalną pacyfikacją powyborczych manifestacji. Ostra reakcja sił porządkowych, użycie siły wobec pokojowo protestujących, arbitralne areszty są nie do zaakceptowania. Apelujemy do władz Białorusi, by zaprzestały działań eskalujących sytuację i zaczęły respektować podstawowe prawa człowieka" - czytamy na stronach MSZ-tu.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Czaputowicz: Wyobrażamy sobie niepomyślny rozwój sytuacji na Białorusi

Specjalną konferencję prasową zorganizował minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Szef MSZ za bezpodstawne uznał zarzuty Alaksandra Łukaszenki, jakoby Polska miała inspirować protesty powyborcze na terenie Białorusi. Uważamy, że władze białoruskie też powinny zrozumieć, że skala tych protestów to nie jest wynik oddziaływania z zagranicy, która jak najlepiej życzy państwu i społeczeństwu białoruskiemu, tylko pewnego rodzaju niezadowolenie samego społeczeństwa białoruskiego - powiedział.

Jako model rozwiązania konfliktu przywoływał rozmowy Okrągłego Stołu w Polsce w 1989 r. i deklarował, że Polska wesprze dialog między obiema stronami oraz rozmowy władz z przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego. Określał protestujących jako "aktywistów" i "społeczeństwo obywatelskie", a nie "opozycję".

Prezydent Polski Andrzej Duda zapewnił, że monitoruje sytuację na Białorusi. "Przed chwilą odbyłem rozmowę z Ambasadorem RP na Białorusi Panem Arturem Michalskim. Odebrałem raport na temat dotychczasowych wydarzeń i aktualnej sytuacji. Monitorujemy sprawy na bieżąco i będziemy reagowali adekwatnie do zdarzeń i okoliczności" - napisał na Twitterze prezydent.

Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wezwała władze Białorusi do zapewnienia dokładnego zliczenia i opublikowania głosów w wyborach. Z kolei szef unijnej dyplomacji Josep Borrell i komisarz ds. sąsiedztwa i rozszerzenia Oliver Varhelyi potępili przemoc na Białorusi i wezwali do natychmiastowego uwolnienia wszystkich zatrzymanych niedzielnej nocy. Zdaniem szefa unijnej dyplomacji i unijnego komisarza noc po wyborach naznaczona była nieproporcjonalną i niedopuszczalną przemocą państwa wobec pokojowych demonstrantów. Szef RE Charles Michel podkreślał, że wolność słowa i prawa człowieka muszą być przestrzegane na Białorusi. 

Artykuł pochodzi z kategorii: Świat

Magdalena Partyła

Arkadiusz Grochot

Nicole Makarewicz

RMF FM/PAP