Jak wygląda codzienność w Donbasie? „Życie w ciągłym napięciu jest męczące”

Piątek, 14 stycznia (18:42)

W Donbasie od 2014 roku toczy się wojna między wojskiem ukraińskim i separatystami z samozwańczych republik Donieckiej i Ługańskiej. Tuż przy linii frontu był specjalny wysłannik RMF FM Paweł Balinowski, który rozmawiał z żołnierzami i mieszkańcami obszaru, gdzie dochodzi do walk. „Wszyscy są już zmęczeni, ludzie nie wiedzą czego oczekiwać. Zbyt długo czekają i zwyczajnie ich to wykończyło. Tu mieszkają prości ludzie od których nic nie zależy” - opisują mieszkańcy Druszkiwki.

Teraz, kiedy u granic zgromadziło się ponad 100 tysięcy żołnierzy rosyjskich, a Zachód targuje się z Kremlem o bezpieczeństwo Ukrainy, groźba nowej wojny na pełną skalę jest poważna jak nigdy - opisuje nasz korespondent.

Ludzie są bardziej zdenerwowani niż wystraszeni, bo to wszystko wpływa na kursy walut, na podwyżki cen, każdy stara się jakoś się zabezpieczyć. Do tego władze wprowadzają dodatkowy obowiązek wojskowy dla kobiet. Tak czy inaczej, nie da się w pełni przygotować na wszystko, co może się wydarzyć - mówi jedna z mieszkanek Kijowa.

Obok Kramatorska front jest dużo bliżej, choć porozumienia mińskie zobowiązały bojowników samozwańczych republik do zawieszenia broni, to kilkadziesiąt kilometrów od miasta co jakiś czas padają strzały i giną ludzie.

Jak może się rozwinąć sytuacja?

Wszelkie obawy mieszkających tutaj ludzi są zrozumiałe, zwłaszcza, że według ukraińskich ekspertów potężna inwazja rosyjskich wojsk jest mało prawdopodobna, ale jeśli Putin nie uzna rozmów w Genewie za sukces, to może wywołać poważną eskalację cudzymi rękoma przy pomocy bojowników samozwańczych republik w obwodach donieckim i ługańskim w Donbasie. To by oznaczało kolejne miesiące i lata strachu i cierpienia żyjących na wschodzie Ukrainy ludzi.

Ważne, by nie iść na żadne ustępstwa wobec Putina, Putin niczego nie proponuje Zachodowi, tylko stawia warunki. Jakikolwiek kompromis będzie postrzegany jako sukces, a Zachód niczego nie dostanie. To zagrożenie, które teraz mamy, zostanie już na stałe, bo jest skutecznym, geopolitycznym narzędziem nacisku na zachód i Stany Zjednoczone, nie tylko na Ukrainę - tak mówi nam Sergij Garmaż, uczestnik regularnych rozmów grupy Ukraina-OBWE-Rosja. Ta grupa wypracowała porozumienie mińskie, czyli zawieszenie broni między armią i separatystami, które jest regularnie łamane.

Relacja reportera RMF FM z Druszkiwki

"Życie w ciągłym strachu jest męczące"

"Życie w ciągłym napięciu jest męczące" - mówią mieszkańcy Druszkiwki, niewielkiego miasta znajdującego się kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu.  Wszyscy są już zmęczeni, ludzie nie wiedzą czego oczekiwać. Zbyt długo czekają i zwyczajnie ich to wykończyło. Tu mieszkają prości ludzie od których nic nie zależy - opisują mieszkańcy Siergiej i Wołodymir.

Według wielu, inwazja Rosjan jest mało prawdopodobna, niewykluczone za to, że jeśli rozmowy nie pójdą po myśli Putina, to zaktywizuje on bojowników samozwańczych republik z Ługańska i Doniecka.

Nie boimy się, nie wolno wierzyć Rosji. To, że ona zgromadziła wojska, to jeszcze pół biedy, nie zapominajmy, że u nas wojna trwa już 8 lat, jesteśmy gotowi odeprzeć atak - mówi Anatolij Wodolazowski, odznaczony orderem bohatera Ukrainy. Według niego, ukraińska armia jest teraz lepiej wyszkolona przez zagranicznych doradców, ma lepszy sprzęt i może stawić czoła agresji.

W Druszkiwce zostali jednak ludzie, którzy chętnie u władzy widzieliby separatystów, nawet Rosjan, mimo tego, że w 2014 roku separatyści stworzyli samozwańczy sąd i w jednej z piwnic więzili, torturowali i mordowali ludzi. Budynek, w którym to się działo, to teraz ruina. Lokalni aktywiści działają jednak, by stworzyć tu muzeum, które podtrzyma pamięć o tych tragicznych wydarzeniach.

Rosjanie mogą zaatakować w ciągu 2 dni

Zagrożenie ze strony Rosji jest wyczuwalne wśród stacjonujących na Ukrainie żołnierzy, ale na co dzień mają oni inny problem - separatystów z samozwańczych republik Donieckiej i Ługańskiej, którzy cały czas są aktywni. Wzdłuż linii frontu rozsiane są dziesiątki posterunków ukraińskich.

Co mówią ukraińscy żołnierze?

W górniczym mieście Zołote do najbliższych pozycji prorosyjskich robotników jest zaledwie 600 metrów. Jak mówią żołnierze, przez 2 tygodnie było względnie spokojnie, ale ostatnie dni to intensywny ostrzał. W ciągu dnia co prawda rzadki, ale po zmroku mocno przybierający na sile.

Od godziny 8 wieczorem zaczynają ostrzeliwać nasze pozycje. W ciągu każdej godziny zdarza się to 2,3 razy, tak jest przez całą noc do świtu  - mówi Siergiej, który dowodzi jednym z posterunków. Oni używają broni automatycznej, ale działają też grupy snajperów - dodaje jeden z kolegów.

W okolicach Nowego Roku separatyści ostrzeliwali też ukraińskie policje z moździerzy. Choć samo miasto Zołote częściowo wyludniło się jeszcze przed wybuchem wojny, nadal wokół żyje sporo ludzi. Na co dzien w czasie drogi do szkoły lub pracy mijają oni co najmniej kilka wojskowych posterunków i bunkrów, a im bliżej frontu, tym żołnierzy jest więcej.

Z niedalekiego centrum dowodzenia obok Lisiczańska żołnierze starają się monitorować rosyjską aktywność przy granicy - to kilkanaście tysięcy żołnierzy. Jeśli chodzi o przygotowania pododdziałów, które znajdują się na granicy obwodu Ługańskiego ze strony Rosji, czyli m.in. w obwodach białogrodzkim i kurskim, to część jest na poligonach. Nie widzimy, żeby oni przygotowywali się do ataku. Brak takich sygnałów nie oznacza jednak, że agresja jest wykluczona- mówi Dimitrij Krasylnikow, dowódca grupy Piwnicz.

Żołnierze oceniają, że jeśli Rosjanie dostaną rozkaz, to mogą zorganizować pierwszą falę natarcia w ciągu 2 dni.

Artykuł pochodzi z kategorii: Świat

Paweł Balinowski