Tomasz Sobania wyruszył w trasę 15 września. Cel - przebiec 5200 km z jednego wybrzeża USA na drugie. W piątek Polak ruszy w swój 95. maraton, bo jednego dnia przebiega właśnie ok. 40 km.
Moje ciało przyzwyczaiło się do biegania maratonu codziennie. Wychodzę na trasę i biegam coraz szybciej i z coraz większą przyjemnością. Widoki po drodze są tutaj niesamowite. Teraz dokładnie jesteśmy w Nowym Meksyku. Przed nami jeszcze Arizona i Kalifornia. Pogodę mamy świetną - mówi Sobania.
Mimo że biegacz czuje się obecnie dobrze, to nie oznacza, że fizycznych kryzysów nie było. Jeden z nich był związany z urazem barku. Z tego powodu Ślązak mógł odczuwać ból już do końca swojego biegu.
Najtrudniejsza sytuacja była jeszcze przed półmetkiem, w Saint Louis. Okazało się, że uraz mojego barku jest na tyle poważny, że musiałem dostać blokadę stawu w zastrzyku. Na szczęście ten zabieg pomógł. Byłem już jednak pogodzony z tym, że przez kolejne 3 miesiące będę biegał z bólem - mówi ekstremalny maratończyk.
Tomasz Sobania razem ze swoim zespołem spędził święta w okolicy Parku Narodowego White Sands. Dzięki temu, mimo że daleko od Polski, ich święta Bożego Narodzenia były białe.
Ten Park Narodowy w Nowym Meksyku słynie z białego piasku. Nasze święta więc dosłownie były białe. Z tego co wiem, to w Polsce nie było tak biało, jak tutaj, mimo że termometry pokazują u nas 20-25 stopni Celsjusza - zaznacza Sobania w rozmowie z RMF FM i dodaje, że dzięki świetnej organizacji Agnieszki, która jest m.in.: kierowcą w czasie tej wyprawy, udało się zjeść polską kolację wigilijną.
Mieliśmy trochę polskich produktów. Agnieszka się bardzo postarała i mieliśmy pierogi, bigos i barszcz czerwony - wskazuje.
Gość RMF FM zakończy swój wyczyn 9 lutego w Los Angeles. Po drodze wyzwań jednak nie zabraknie, bo przed niezwykłym biegaczem na trasie jeszcze m.in.: góry.
Teraz przede mną ostatnie 31 maratonów. Wydaje mi się, że wszystko, co najgorsze, już przerobiłem, ale nigdy nie wiadomo - mówi z uśmiechem Sobania.
Sportowiec na trasie biegu przez USA zużył do tej pory 15 par butów.
Ze sobą zabrałem w sumie 25 par. Te, które obecnie mam na nogach, już ledwo zipią - mówi atleta z nadzieją, że obuwia do mety wystarczy.