Ponad pięćdziesiąt dzików i dwadzieścia świnek wietnamskich ma zostać zlikwidowanych – przy takiej decyzji jeszcze wczoraj zdecydowanie obstawał Powiatowy Lekarz Weterynarii z Garwolina w województwie mazowieckim. Jednak gdy dziś rano zjawił się u bram zagrody, w której są hodowane zwierzęta w Cyganówce, jego oczom ukazał się tłum protestujących przeciwko wyrokowi – ekologów, ale przede wszystkim mieszkańców okolicznych miejscowości. "Morderca!" – wykrzykiwali wobec służb. Inspektor wycofał się natychmiast. Ale możliwe, że wróci. Dla niego najważniejsza jest walka z Afrykańskim Pomorem Świń (ASF), chorobą dziesiątkującą trzodę w różnych regionach kraju. "Będziemy pilnować zagrody dzień i noc" – odpowiadają protestujący.

REKLAMA

Kilka kilometrów pod Garwolinem, tuż przy drodze wojewódzkiej, znajduje edukacyjna zagroda "Mini-ZOO". Od dwudziestu lat odwiedzają ją regularnie wycieczki szkolne i turyści. Jednak dziś u bram zwierzyńca stanęły wozy fundacji Animal Rescue.

Nie chcemy, żeby powtórzyła się sytuacja z Hajnówki - tłumaczy Dawid Fabjański z organizacji. Tam przed miesiącem odstrzelono zwierzęta pod pretekstem zapobiegania rozprzestrzeniania się ASF - Afrykańskiego Pomoru Świń. Nie stwierdzono tu w okolicy żadnego przypadku tej choroby - tłumaczą ekolodzy. Dodają, że w Cyganówce zwierzęta są pod stałą opieką i kontrolą. Do niedawna rząd planował wybudować płot na granicy kraju z Białorusią, by zapobiec ASF. Tutaj płot jest solidny i z czterech stron - mówią oburzeni protestujący.

Zagrodą od dwudziestu lat opiekuje się Krzysztof Musiński - leśniczy Leśnictwa Cyganówka. Nie rozumiem, dlaczego zdrowe zwierzęta mają zostać zlikwidowane - oburza się. Już drugie pokolenie przychodzi tutaj, do mini-zoo ze swoimi dziećmi, przyjeżdżają ludzie z zagranicy - podoba im się tu! - mówi.

Na miejscu pikietuje z nim kilkadziesiąt osób. Leśniczy ma zamiar razem z nimi nie dopuścić do kontroli weterynarza. On chodzi po ogniskach zarażonych ASF. Ma kontakt z chorymi dzikami. Skąd mogę wiedzieć, że po takiej kontroli zdezynfekował się, umył się? - pyta.

Gdy na miejsce dociera samochód powiatowego inspektora weterynarii, tłum gęstnieje. W stronę służb padają okrzyki: "Morderca!". Już przed przyjazdem do zgromadzonych dotarła informacja, że inspektor - zaskoczony skalą lokalnego oporu - może zmienić zdanie. Wizyta pod płotem zagrody trwa kilkadziesiąt sekund. Weterynarz pod pozorem pilnej kontroli w innym miejscu odjeżdża.

Zgromadzeni są entuzjastyczni - udało im się powstrzymać rzeź. Ekolodzy studzą jednak emocje i dodają, że kontrola może się odbyć wtedy, gdy w pobliżu nie będzie mieszkańców. Na razie w pobliskiej leśniczówce zaczynają zbierać podpisy pod pismem do władz powiatu z prośbą o interwencję.

(j.)