„On był nieskazitelny. Bardziej to ci, którzy byli wokół niego, grzeszyli” - mówi tygodnikowi „Wprost” płk Mieczysław Jesionek - człowiek, który miał za zadanie strzec Jana Pawła II w czasie pielgrzymek papieża do Polski. Jak ujawnia, papież nie zawsze był bezpieczny, a "strona kościelna wiele razy stwarzała zagrożenie".

REKLAMA

W 1979 roku, podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, Mieczysław Jesionek był pracownikiem Biura Ochrony Rządu. Na początku przedstawiciele Kościoła nie ufali BOR-owcom. Rozmówca "Wprost" dodaje, że gdy był członkiem bezpośredniej ochrony Jana Pawła II, jeździł z papieżem po całej Polsce. " A w końcu zostałem szefem sztabu całej pielgrzymki od strony rządowej. Wtedy oblatywaliśmy wszystkie miasta razem z nuncjuszem apostolskim, sekretarzem episkopatu i jeszcze kilkoma osobami. I relacje zaczęły być dobre. Herbatkę podawaliśmy" - mówi Jesionek.

Podkreśla, że ówczesna władza strasznie bała się, że w Polsce dojdzie do zamachu na Jana Pawła II. "Środki ochrony wzmocniono po próbie zamachu dokonanej przez Alego Agcę. Wcześniej wszystko było robione "na gębę" - wspomina pułkownik.

Czy Janowi Pawłowi II coś w Polsce groziło? "Strona kościelna sama wiele razy stwarzała zagrożenie" - mówi Mieczysław Jesionek - "Pamiętam, jak z Zakopanego papież przelatywał do Czech. Śmigłowce były tak przeciążone, że ledwo wystartowały. Maszynę, którą leciał papież, centymetry dzieliły od zahaczenia o topole".

Na spotkania z papieżem przychodziły tłumy. "Wszyscy mieliśmy poobrywane guziki od marynarek. W 1979 r. nie było żadnych barierek. Tłum napierał, trzeba się było przedzierać. To były niesamowite sceny. Prawdopodobnie wtedy zginął Pierścień Rybaka, choć strona kościelna tego nigdy nie potwierdziła. Na ręku jednak papież tego pierścienia nie miał" - wspomina Jesionek.

"Zdarzało się, że zakonnicom rozrywały się habity. One dostawały takiego amoku na widok Ojca Świętego, że trzeba było je za nie trzymać, bo inaczej by się rzuciły na papieża" - dodaje.

(j.)