"Od Malty po Grenlandię żaden minister zdrowia nie wpadł na taki pomysł, żeby specjaliści szpitalnych dziedzin zapewniali podstawową opiekę zdrowotną. Ten system oparty na internistach i pediatrach istnieje w dalszym ciągu na Białorusi, a istniał w Związku Radzieckim. Jak widać, próbujemy się cofnąć do tego systemu, który wprowadzono w Polsce w latach 50." - mówi w rozmowie z dziennikarzem RMF FM szef Kolegium Lekarzy Rodzinnych doktor Tomasz Tomasik. Dodaje, że projekt ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza jest niezgodny z unijnym prawem.

REKLAMA

Marek Balawajder: Panie doktorze, co proponuje Ministerstwo Zdrowia po tych wszystkich aferach związanych ze śmiercią pacjentów?

Tomasz Tomasik:
Ministerstwo proponuje zmianę w ustawie o świadczeniach zdrowotnych, polegającą na wprowadzeniu do podstawowej opieki zdrowotnej lekarzy, którzy byli szkoleni do pracy w szpitalu.

To jest zły pomysł pana zdaniem? Zdaniem lekarzy rodzinnych?


Moim zdaniem jest to zły pomysł. Po pierwsze lekarz, który pracuje w POZ-cie, powinien główną część szkolenia specjalizacyjnego odbywać w podstawowej opiece zdrowotnej. Po drugie, przeciwko takim rozwiązaniom przemawiają argumenty ekonomiczne, tzn. opieka świadczona w szpitalach i opieka świadczona przez lekarzy przyzwyczajonych do pracy w szpitalach będzie znacznie droższa niż opieka świadczona przez lekarzy rodzinnych, a kolejny argument to jest argument merytoryczny. Niestety doprowadzi to do fragmentacji opieki, braku odpowiedzialności za konkretnego pacjenta.

Aż tak bardzo ci lekarze się różnią swoimi zakresami kompetencji, możliwości, umiejętności?

W pierwszym okresie pracy w podstawowej opiece zdrowotnej ta różnica będzie gigantyczna. Będą uzupełniali wiedzę, umiejętności, ale będzie to trwało i nie żyjemy w czasach, kiedy nie można się tego nauczyć. Powinniśmy robić to nie intuicyjnie, a w ramach bardzo ustrukturalizowanego i kompetentnego szkolenia.

Jeżeli będzie to wprowadzone w takiej formie jak proponuje ministerstwo, pan wymienił kilka argumentów, które mogą negatywnie skutkować na pacjentach. A te najpoważniejsze?

Pacjent będzie narażony na wykonywanie badań, które są konieczne w opiece szpitalnej, a są niekonieczne, do których nie ma wskazań, w podstawowej opiece zdrowotnej. Mało tego, mogą łączyć się ze sporym ryzykiem dla pacjenta.

To jest jeden argument. Następny?

Następny argument dotyczy lekarzy. Ten lekarz internista i pediatra, zatrudniony w Polsce, w POZ-cie będzie mógł pracować tylko w Polsce w tej podstawowej opiece zdrowotnej, ponieważ przepisy unijne uniemożliwią mu pracę w charakterze lekarza POZ-tu w jakimkolwiek innym kraju.

Wy to mówiliście w ministerstwie na konsultacjach, tak? Był jakiś odzew?

W momencie, kiedy zorientowaliśmy się, że argumenty merytoryczne nie docierają, zamówiliśmy opinię prawną.

Co z tej opinii wynika?


Z opinii wynika, że proponowane przez ministra rozwiązanie łamie dwa artykuły dyrektywy 36 Unii Europejskiej. Artykuły te dotyczą dokumentów potwierdzających kwalifikacje do pracy w POZ i systemu szkolenia, który dotyczy lekarzy rodzinnych.

Co ministerstwo na to?

Mam nadzieję, że ministerstwo się z tym zapozna i zapozna wnikliwie.

A jak się zapozna i będzie mimo wszystko forsowało te swoje pomysły? Jak zachowają się lekarze rodzinni?

Najprawdopodobniej będziemy odwoływać się do opinii społeczności międzynarodowej i do tych instytucji unijnych. Powiem jeszcze tylko jedno zdanie. Od Malty po Grenlandię żaden minister zdrowia nie wpadł na taki pomysł, żeby specjaliści szpitalnych dziedzin zapewniali podstawową opiekę zdrowotną. Ten system oparty na internistach i pediatrach istnieje w dalszym ciągu na Białorusi, istniał w Związku Radzieckim. Jak widać, próbujemy się cofnąć do tego systemu, który był wcześniej, który wprowadzono w Polsce w latach 50.

(MRod)