Na wolności znalazły się dawne gwiazdy półświatka. "Słowik" czy "Wańka" całe życie zajmowali się gangsterką. Mogą próbować znowu stanąć na czele półświatka, w którym ostatnio panuje bezkrólewie. Choć ich adwokaci oczywiście zapewniają, że byli bossowie będą już praworządnymi obywatelami - ustalił "Fakt". Zapraszamy do przeglądu wtorkowej prasy.

REKLAMA

Andrzej Z. "Słowik" w kolegialnym zarządzie dawnego "Pruszkowa" miał po śmierci Andrzeja K. "Pershinga" najważniejszą pozycję: uznawany był za najbardziej bezwzględnego ganstera, jego słowo miało decydujące znaczenie - podaje "Fakt". To na niego na wolności czeka Leszek D. "Wańka" (wyszedł na wolność w maju), który w zarządzie grupy pruszkowskiej był raczej "mózgiem" i menedżerem, który decydował o finansach. Sporo nielegalnych interesów zdążył zalegalizować, zanim trafił za kratki

Policjanci z CBŚ czekają na to, co stanie się po wyjściu "Słowika". Przewidują, że może on pokusić się o powrót do dawnej pozycji. Zwłaszcza że ma przy swoim boku inteligentnego i pomysłowego "Wańkę". Mają też rachunki do wyrównania - swoimi zeznaniami pogrążył ich "Masa" - pisze "Fakt".

We wtorkom wydaniu tego dziennika znajdziemy także informacje o wielkim zamiłowaniu naszych posłów do lotnictwa. Rekordziści pakują się do samolotu nawet co trzeci dzień i mają na koncie po 200 przelotów - z domu, do domu i dokąd tam jeszcze. Na podniebne podróże posłów rocznie idzie z pieniędzy podatników niemal 7 milionów złotych - podaje "Fakt". Sejmowym lotnikiem rekordzistą jest Tomasz Górski z Solidarnej Polski. Poseł od początku kadencji Sejmu latał już na nasz koszt 253 razy. Najczęściej są to loty z domu z Poznania do Warszawy na posiedzenia Sejmu i z powrotem. Mimo że posłowie mogą także za pieniądze podatników jeździć za darmo pociągiem w pierwszej klasie lub korzystać z PKS-ów, to oczywiście największym powodzeniem cieszą się samoloty. Politycy gdzieś mają to, że akurat ten środek lokomocji jest najdroższy - bulwersuje się "Fakt".

"Gazeta Wyborcza"

Szwedzkie agendy rządowe sprzedają marketingowcom dane o ludziach. Tylko agencja transportu dostaje z tego tytułu 4,5 mln dolarów rocznie. Czy kraj słynący z otwartego dostępu do informacji zmieni prawo
z powodu jej komercjalizacji? - zastanawiają się dziennikarze "Gazety Wyborczej".

Örjan Sahlin, 62-letni inżynier z Sollentuna, niedawno znalazł w skrzynce wiadomość od firmy zajmującej się opieką medyczną. "Drogi Örjanie Thomasie Helge Axelu Sahlinie, czy zdarza ci się wstawać w nocy, by oddać
mocz? Czy zauważyłeś, że twój strumień nie ma takiego ciśnienia jak wcześniej?" - przeczytał - ustaliła "Gazeta Wyborcza". Reklamy nie dostarczono na chybił trafił, było na niej jego nazwisko i adres. Okazało się, że reklamodawca kupił informacje o grupie mężczyzn w jego wieku od firmy Bisnode zajmującej się wywiadem gospodarczym. Ta zaś zapłaciła za nie państwowej agencji SCRO, która rejestruje firmy. Sahlin sam podał jej swój adres, ale przez głowę mu nie przeszło, że zostanie tak wykorzystany - ustaliła "Wyborcza".

We wtorkowym wydaniu "Gazety Wyborczej" przeczytamy historię pacjentki, u której lekarze przeprowadzili zabieg przymusowej sterylizacji. W sądzie twierdzili, że ratowali ją przed wykrwawieniem. Biegli właśnie uznali
ich wyjaśnienia za niewiarygodne. Cztery lata temu w szpitalu w Szamotułach Wioletta Szwak urodziła swoje ósme dziecko, córkę Różę. Gdy była w narkozie po zabiegu cesarskiego cięcia, przecięto jej jajowody,
pozbawiając ją możliwości zajścia w kolejną ciążę. Kobieta dowiedziała się o tym ze szpitalnego wypisu. Lekarze tłumaczyli, że gdyby nie sterylizacja, to przy kolejnej ciąży macica kobiety mogłaby pęknąć. Problem w tym, że nikt nie zapytał pacjentki o zgodę, a lekarze zdecydowali za nią. Mieli do tego prawo, ale tylko w sytuacji, gdyby jej życie lub zdrowie były bezpośrednio zagrożone podczas operacji - ustaliła "Gazeta Wyborcza".

"Dziennik Gazeta Prawna"

Do tej pory skarbówka bez żadnych wyjaśnień samowolnie wydłużała termin zwrotu firmom nadpłaconego VAT. Przedsiębiorcy nie mieli nic do powiedzenia, bo od tych decyzji nie można się było odwołać. Teraz to się zmieni - podał "Dziennik Gazeta Prawna".

Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej przez związki, zniesienie finansowania etatów i lokali związkowych przez pracodawcę oraz przerzucenie zbierania składek na same związki. Dodatkowo skreślenie art. 25 w dotychczasowych rozwiązaniach, który przewiduje, że "pracownikowi powołanemu do pełnienia z wyboru funkcji związkowej poza zakładem pracy (...) przysługuje (...) prawo do urlopu bezpłatnego". To główne punkty ustawy o zmianie ustawy o związkach zawodowych, które przygotował senator Jan Filip Libicki z Platformy Obywatelskiej - ustalił "DGP".

"DGP" przeprowadził sondę w klubach parlamentarnych na temat propozycji Libickiego. Sama PO jest podzielona w kwestii, czy zajmować się sprawą przed zapowiadanymi na jesień protestami związkowców. Z kolei według opozycji problemem nie są pieniądze związków, lecz to, że nikt nie liczy się z ich zdaniem.

"Polska Gazeta Codziennie"

Dlaczego rząd nie próbował wpłynąć na zmianę terminu rozpoczęcia szczytu klimatycznego w Warszawie? Wszystko wskazuje na to, że mimo realnego zagrożenia wynikającego ze zbieżności dat szczytu klimatycznego z obchodami Święta Niepodległości 11 listopada polski rząd nie podjął żadnych działań ws. zmiany terminu - podała "Polska Gazeta Codziennie".

Nie widzę nadmiernego niebezpieczeństwa związanego ze startem konferencji klimatycznej 11 listopada
- powiedział wczoraj minister środowiska Marcin Korolec. Dodał, że wybór daty nastąpił w 2008 r. i był decyzją ONZ. Rzeczywiście, ustalenia sprzed pięciu lat wskazują dzień 11 listopada jako datę rozpoczęcia szczytu klimatycznego. Nie jest natomiast prawdą, że resort, zgłaszając w grudniu 2012 r. Warszawę jako gospodarza, nie mógł wnioskować o zmianę daty. Ustalenia były bowiem zmieniane w wypadku konferencji w Kopenhadze (2009 r.) i Katarze (2012 r.) - ustalił "PGC".

Strona polska ze względu na to, że 11 listopada jest w Polsce świętem narodowym, mogła uzyskać przesunięcie terminu rozpoczęcia szczytu na 12 listopada. Jeżeli rząd, zgłaszając Warszawę w listopadzie 2012 r., nie znał daty rozpoczęcia, mógł jeszcze w czerwcu 2013 r. podnieść tę sprawę podczas obrad Sekretariatu Konwencji Klimatycznej w Bonn - powiedział klimatolog dr Marek Chabior, ekspert NSZZ "Solidarność" ds. analizy społeczno-gospodarczych skutków wdrożenia unijnego pakietu klimatyczno-energetycznego.

Wszystko zależy od dobrej woli rządu. Jeżeli nic nie zrobi, żeby przesunąć datę szczytu, będzie to oznaczało, że liczy na zamieszki - skomentował poseł PiS u Ryszard Czarnecki. Innego zdania jest natomiast Małgorzata Kidawa-Błońska z PO. To okazja do tego, by ludzie przyjeżdżający w tym czasie do Polski dowiedzieli się więcej o naszej historii - powiedziała.