W siódmą rocznicę katastrofy kolejowej pod Szczekocinami pamięć ofiar tego wypadku uczcili ich bliscy, uczestnicy akcji ratowniczej, przedstawiciele władz i spółek kolejowych oraz okoliczni mieszkańcy.

REKLAMA

Katastrofa pod Szczekocinami była jednym z najtragiczniejszych wypadków w historii polskich kolei. W wyniku czołowego zderzenia pociągów zginęło wtedy 16 osób, a ok. 150 odniosło obrażenia.

Do wypadku doszło w sobotę wieczorem, 3 marca 2012 r., niedaleko Zawiercia - na zjeździe z Centralnej Magistrali Kolejowej w kierunku Krakowa. Zderzyły się czołowo pociągi TLK "Brzechwa" z Przemyśla do Warszawy i Interregio "Jan Matejko" relacji Warszawa-Kraków. Pociąg Warszawa-Kraków wjechał na tor, po którym z naprzeciwka jechał pociąg Przemyśl-Warszawa. W akcji ratunkowej brało udział kilkuset strażaków, policjantów i przedstawicieli innych służb.

Mieszkańcy Chałupek podkreślają, że tragedia pozostanie w ich pamięci już na zawsze. Czas nie zaciera wspomnień. My nie żyjemy obok tej katastrofy, tylko żyjemy z tą katastrofą. Przechodząc ulicą, patrząc na tory, my tę katastrofę ciągle widzimy - powiedziała sołtys Chałupek Anna Kwiecień.

Z okien domu Anny Kwiecień widać tory, była wśród osób, które jako pierwsze zadzwoniły z informacją o katastrofie. Przyjęła niektórych pasażerów, którzy ocaleli. Dziś obok jej domu stoi pomnik z tablicą pamiątkową. Dopóki będziemy mogli, dotąd będziemy starać się w uroczysty sposób oddawać hołd ofiarom - podkreśliła sołtys.

Tuż po zderzeniu pociągów to mieszkańcy Chałupek i sąsiednich wsi stali się pierwszymi ratownikami. Kiedy usłyszeli olbrzymi huk, jeszcze przed przyjazdem większości służb pospieszyli z pomocą. Wyciągali z wagonów poszkodowanych, przynosili koce i gorącą herbatę lub po prostu trzymali uwięzionych w wagonach za rękę i pocieszali. Przynosili też kanapki i herbatę strażakom pracującym przy wrakach pociągów.

Chwilę później na miejscu katastrofy pojawiła się straż pożarna, karetki pogotowia i policja. Służby kryzysowe wojewody śląskiego o katastrofie dowiedziały się po godz. 21 od pogotowia w Zawierciu. Przed godz. 22 w akcję ratowniczą zaangażowano 30 karetek, na miejsce skierowano też śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Po wypadku strażacy przez wiele godzin penetrowali zniszczone wagony, poszukując poszkodowanych. Akcję poszukiwawczą zakończono w poniedziałek 5 marca.

Jak ustaliła prokuratura, do katastrofy przyczyniły się błędy dwojga dyżurnych ruchu z posterunków Starzyny i Sprowa, którym zarzucono nieumyślne sprowadzenie katastrofy kolejowej - skierowali jadące z naprzeciwka pociągi na ten sam tor. 26 stycznia 2018 r. Sąd Apelacyjny w Katowicach skazał prawomocnie Andrzeja N. na 6 lat więzienia, a Jolantę S. - na 3,5 roku. Kary były surowsze niż te, które zapadły przed sądem I instancji. Sąd podkreślił, że wyrok powinien też mieć znaczenie prewencyjne i być "czytelnym sygnałem dla wszystkich osób zajmujących się zapewnieniem bezpieczeństwa w komunikacji, kierujących tym ruchem, że obowiązki na nich ciążące muszą być bezwzględnie przestrzegane".

Obrońca Andrzeja N. mec. Witold Pospiech, który wcześniej zapowiadał złożenie kasacji do Sądu Najwyższego, na kilka dni przed siódmą rocznicą katastrofy powiedział że odstąpił od tego i "wybrał inną drogę". Nie chciał zdradzić szczegółów. Reprezentujący Jolantę S. mec. Grzegorz Porębiński, potwierdził, że złożył kasację. Jak poinformował, SN nie wyznaczył jeszcze terminu jej rozpoznania.