Dyspozytorzy pogotowia w Toruniu łamią ustawę o ratownictwie medycznym - tak wynika z raportu kujawsko-pomorskiego urzędu wojewódzkiego, do którego dotarł reporter RMF FM Paweł Balinowski. Z dwóch tamtejszych szpitali - miejskiego i wojewódzkiego - do tego pierwszego trafiała spora większość pacjentów, mimo że drugi jest czterokrotnie większy.

REKLAMA

Kontrola urzędników wojewody objęła w sumie 11 miesięcy 2015 roku. W tym czasie do Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego trafiło około 40 procent wszystkich pacjentów, którzy byli zabierani przez karetki. Pozostali byli na ogół przewożeni do Specjalistycznego Szpitala Miejskiego.

Jak wynika z raportu pokontrolnego, szpital wojewódzki ma jednak około czterokrotnie większy potencjał leczniczy niż miejski. Dyspozytorzy pogotowia mieli zaś wysyłać pacjentów do najbliższej placówki - zwykle był to właśnie szpital miejski, bo znajduje się w centrum miasta. Jednak zgodnie z prawem, dyspozytorzy w pierwszej kolejności powinni kierować się wysyłanymi dwa razy dziennie raportami o stanie wolnych miejsc, a także obecnością szpitalnego oddziału ratunkowego - taki oddział jest w szpitalu wojewódzkim, w miejskim już nie.

Według urzędników wojewody, dyspozytorzy toruńskiego pogotowia złamali w ten sposób zapisy ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym. Chodzi m.in. o art. 44 ustawy, który jednoznacznie wskazuje, że pierwszym wyborem w przypadku konieczności przewiezienia pacjenta do szpitala jest placówka posiadająca SOR. Z kolei zgodnie z art. 27 "do zadań dyspozytora medycznego należy zbieranie aktualnych informacji o dostępnych (...) jednostkach systemu oraz ich gotowości, a także takie kierowanie ruchem zespołów RM, by zapewnić jak najbardziej efektywne wykorzystanie zasobów".

W rezultacie toruński szpital miejski w zeszłym roku musiał odsyłać do innych placówek 422 pacjentów, dla których po prostu nie było miejsca. A karetkami w Toruniu zarządza szpital wojewódzki. Dyrektorzy obu placówek będą musieli więc u wojewody wytłumaczyć się z panującego chaosu. Sprawą ma też zająć się Narodowy Fundusz Zdrowia.

Nie ma gdzie dostawiać łóżek

O problemie z organizacją pracy toruńskiego pogotowia poinformowały władze Specjalistycznego Szpitala Miejskiego. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach przepełnienie placówki stało się wyjątkowo odczuwalne. Na 39 łóżek na oddziale kardiologiczno-internistycznym przypadało nawet 48 pacjentów - tylko w grudniu było aż 20 dni, w których trzeba było dostawiać łóżka.

Dwa razy w ciągu dnia zdajemy raporty, że stan łóżek jest znacznie przekroczony. Informujemy o tym Wojewódzki Szpital Zespolony, który zarządza zespołami ratownictwa medycznego, aby nie przywożono do nas pacjentów, bowiem nie mamy możliwości leczenia i już nawet dostawki są na wyczerpaniu. Reakcja jest właściwie żadna - przekonuje Krystyna Zaleska, dyrektor Szpitala Miejskiego.

W efekcie sale dwuosobowe zamieniają się w czteroosobowe itd. Pacjenci przyznają, że jest ciasno, ale większość cieszy się, że w ogóle została przyjęta. Najważniejsze jest leczenie. Jak jeszcze się na korytarzu nie leży, to jest dobrze - mówił jeden z nich.

(abs)