Jutro do Polski mają przylecieć próbki pobrane przez biegłych na miejscu katastrofy smoleńskiej - dowiedział się reporter RMF FM. Będą to materiały zebrane na przełomie września i października, na których wykryto cząstki wysokoenergetyczne - co może świadczyć o obecności materiałów wybuchowych.

REKLAMA

Gdy tylko próbki z miejsca katastrofy smoleńskiej przylecą do kraju specjalnym samolotem, trafią do Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji w Warszawie. Tam rozpoczną się ich badania.

Jak twierdzi prokuratura, te ekspertyzy potrwają kilka miesięcy - maksymalnie pół roku. Na razie w Moskwie trwa przejmowanie tych materiałów przez naszych biegłych i prokuratorów. To ci sami eksperci i śledczy, którzy zabezpieczali próbki w Smoleńsku.

Badania próbek dadzą odpowiedź



Badania kilkuset próbek pobranych przez polskich prokuratorów w Smoleńsku mają wyjaśnić kwestię obecności cząsteczek materiałów wybuchowych we wraku prezydenckiego tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku.

Pod koniec października "Rzeczpospolita" podała, powołując się na rzecznika Prokuratury Generalnej Mateusza Martyniuka, że próbki, które wskazali polscy biegli, nadal są w Rosji. Zostały one wytypowane przez polskich biegłych na podstawie wskazań urządzeń, które wykazały obecność cząstek wysokoenergetycznych, których źródła pochodzenia mogą być przeróżne - powiedział Martyniuk. Dodał, że "próbki te zostaną dopiero do Polski sprowadzone w ramach pomocy prawnej".

Medialne zamieszanie wokół doniesienia o materiałach wybuchowych

Polscy prokuratorzy mieli wątpliwości co do rosyjskiej ekspertyzy pirotechnicznej. Nasi biegli odmówili podpisania ostatecznej opinii o przyczynach zgonu ofiar katastrofy bez dokładnego przebadania wraku. Dlatego do Smoleńska wraz z prokuratorami pojechali biegli pirotechnicy z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego oraz Centralnego Biura Śledczego, z nowoczesnym sprzętem.

Według doniesień "Rzeczpospolitej", urządzenia wykazały między innymi, że aż na 30 fotelach lotniczych znajdują się ślady trotylu oraz nitrogliceryny. Substancje miały być znalezione również na śródpłaciu samolotu, w miejscu łączenia kadłuba ze skrzydłem.

Sensacje "Rzeczpospolitej" zdementowała Wojskowa Prokuratura Okręgowa. Później ze swoich tez wycofała się także sama gazeta, która opublikowała oświadczenie, że pomyliła się, pisząc o trotylu i nitroglicerynie. To mogły być te składniki, ale nie musiały - oznajmiła, zaznaczając, że "jednak nie można wykluczyć materiałów wybuchowych".