Emil Barchański: 17-letni warszawski licealista. Zginął w tajemniczych okolicznościach 3 czerwca 1982. Czy był najmłodszą ofiarą stanu wojennego i Służby Bezpieczeństwa, czy zwykłego wypadku - utonięcia w Wiśle? Po 30 latach próbujemy rozwikłać jedną z najbardziej zagadkowych śmierci lat 80.

REKLAMA

Konrad Piasecki odnalazł człowieka, który był nad Wisłą razem z Emilem, i którego wielu uznaje za kogoś kto skrywa tajemnicę tragedii z czerwca 1982 roku. Emil, był kimś kto "zalazł" za skórę Służbie Bezpieczeństwa. Uczestniczył w akcji podpalenia pomnika Dzierżyńskiego. Aresztowany i bity w śledztwie załamał się i obciążył kolegów. Jednak podczas rozprawy sądowej, odwołał zeznania i opowiedział jak traktowali go oficerowie SB.

Kiedy Emil zginął, pierwszą myślą jego rodziców i przyjaciół z podziemia była myśl o zemście służb. Mogła być to próba uciszenia chłopaka, żeby nie podał nazwisk panów śledczych, którzy go bili podczas przesłuchania- powiedział w rozmowie z dziennikarzem RMF FM kolega Emila, Artur Nieszczerzewicz.

W prowadzonym na własną rękę śledztwie, przyjaciele Emila, skupili się na postaci Huberta Iwanowskiego. Był on znajomym 17-latka, który wspólnie z nim wybrał się feralnego dnia nad Wisłę. Do dziś znajomi Emila twierdzą że Iwanowski mógł być współpracownikiem SB: ukrywał co tak naprawdę stało się z chłopakiem, kluczył i kłamał opowiadając o tym jak wyglądał ten dzień. Po niemal 30 latach Konradowi Piaseckiemu udało się odnaleźć Iwanowskiego. Mężczyzna nie zmienił wersji wydarzeń. Emil utonął w wyniku nieszczęśliwego wypadku a nie w wyniku działań jakiś tam "ciemnych sił". Nie było to fizycznie możliwe, że nie zobaczyłbym tego - podkreśla.

Iwanowski opowiada jak wybrał się z Emilem nad Wisłę. Pojechali z psami na dość odludną, pełną zarośli plażę. Gdy Iwanowski sięgnął po książki i zaczął się uczyć, Emil który - co ważne dla tej historii - bał się wody i nigdy do niej nie wchodził, bawił się z psem ucząc go aportowania. Emil wziął swojego psa i przez jakiś czas go nie było. A ja w pewnym momencie usłyszałem takie wołanie. Ono było niewyraźne. Potem zastanawiałem się, czy to było "Buba", czy Hubert. Hubert to moje imię a "Buba" to imię psa - opowiada.

Iwanowski nie zareagował na to wołanie. Gdy w kilkadziesiąt minut później zaczął szukać Emila nie znalazł ani jego, ani psa. Początkowo nie dopuszczał do siebie myśli o tym że stało się coś złego, ale dziś uważa że Emil po prostu się utopił. Być może powtórzył ten sam rzut patykiem. Pies znoszony nurtem, prawdopodobnie zaczął się oddalać. I Emil w tym momencie, który kochał swojego psa, zaczął krzyczeć, mógł też wejść do wody i mógł go porwać nurt - twierdzi.

Iwanowski dodaje, że nie mógłby nie zauważyć gdyby ktoś inny pojawił się na plaży. Wyklucza by na Emila ktoś napadł, czy go utopił. Zwłoki Emila odnaleziono dwa dni później. Prokuratura uznała, że było to zwykłe utonięcie, ale do dziś Iwanowski i dawni przyjaciele Barchańskiego to dwa różne światy i dwie różne oceny wydarzeń sprzed lat.

Nie znaleziono nic, co by świadczyło o tym, że nie był to nieszczęśliwy wypadek. Ja nie byłem ani agentem, ani szantażowanym człowiekiem przez SB. Krótko mówiąc nie współdziałałem z nikim w zabiciu Emila. Gdyby tam nawet coś było, to po tylu latach nie miałbym żadnych powodów, żeby ukrywać prawdę - mówi Iwanowski.

Zagadkę śmierci Emila Barchańskiego od lat próbują wyjaśnić prokuratury i Instytut Pamięci Narodowej. Bezskutecznie. W tej sprawie nikt nie usłyszał zarzutów, nigdy też oficjalnie nie uznano jej za zbrodnie komunistyczną. IPN ma zakończyć śledztwo lada miesiąc. Według nieoficjalnych informacji Instytut Pamięci Narodowej zdecyduje się umorzyć sprawę.