Do końca roku władze Krakowa muszą znaleźć 40 milionów złotych na komunikację miejską. Tyle pieniędzy brakuje w kasie miasta, aby mogła ona funkcjonować bez przeszkód. Pomóc miały podwyżki cen biletów, które zaczęły obowiązywać od maja. Jednak wpływy ze sprzedaży w czerwcu były o 300 tysięcy złotych mniejsze niż przed podwyżką - donosi w środę portale Onet.

REKLAMA

Oznacza to, że do końca roku władze miasta będą musiały poszukać oszczędności oraz wstrzymać część inwestycji, aby załatać dziurę. Jednym z pomysłów na znalezienie brakujących środków była podwyżka cen biletów. Spór o jej wprowadzenie trwał kilkanaście tygodni. Radni projektem mieli zająć się pod koniec lutego tego roku. Jednak dokument przygotowany kilka tygodni temu przez urzędników i przekazany do publicznej wiadomości został "wyrzucony do kosza", a tuż przed głosowaniem przedstawiciele magistratu razem z radnymi napisali nowy projekt "na kolanie". Bez żadnych analiz czy wyliczeń.

Podwyżki były, ale środków wciąż brakuje

Ostatecznie nie został on poddany pod głosowanie, ponieważ zastrzeżenia zgłosił radca prawny urzędu. Radni zapewniali, że zajmą się tematem podwyżek na nadzwyczajnej sesji na początku marca. Tak jednak się nie stało. Ostatecznie dokument został przegłosowany pod koniec marca, a podwyżki weszły w życie od maja.

Teraz okazuje się, że nie przyniosła ona spodziewanych skutków. W maju wpływy ze sprzedaży były wyższe o półtora miliona złotych niż dotychczas, jednak w czerwcu do miejskiej kasy ze sprzedaży biletów trafiło o 300 tysięcy złotych mniej niż przed podwyżką.

Jeszcze pod koniec lutego przedstawiciele urzędu miasta w wydanym oświadczeniu przekonywali, że jeśli radni nie zaakceptują podwyżek, to będą musieli "wyciąć z niego jakieś inwestycje". Sugerując np. brak wykupu lasku Borkowskiego.

Tymczasem prognozy na kolejne miesiące pokazują, że pomimo wzrostu cen do budżetu nie wpłyną dodatkowe środki. Brakujące miliony będzie trzeba znaleźć gdzie indziej. Gdzie? Tego na razie nie wiadomo.