"Powoli tracimy cierpliwość" - mówią rodzice z Giżycka i okolic, którzy wciąż nie odzyskali pieniędzy za odwołane wycieczki do Bułgarii i Hiszpanii. Wypoczynek dla dzieci miała zorganizować kierowniczka Klubu Garnizonowego. Po trzech tygodniach od nagłośnienia tej sprawy policja nadal przesłuchuje świadków.

REKLAMA

Sprawa odwołanych wycieczek do Bułgarii i Hiszpanii ujrzała światło dzienne trzy tygodnie temu. Od tamtego czasu, dla poszkodowanych rodziców, niewiele się zmieniło.

W dalszym ciągu nie wiemy, kiedy dostaniemy pieniądze. Nie mamy też wezwania na policję, nikt nic nie wie. Sama straciłam 1250 złotych. Tych pieniędzy nie ma - powiedziała naszemu reporterowi jedna z poszkodowanych mam niedoszłej kolonistki.

Rodzice dzwonią do siebie, pytają, czy ktoś coś wie. Nieoficjalnie dowiedziałam się, że chyba żandarmeria wojskowa tym tematem już się nie zajmuje, a policja teraz wzywa na świadków osoby związane z wojskiem, aby ustalić, czy jednostka miała coś wspólnego z tym wyjazdem - mówi jeden z rodziców.

Policja w dalszym ciągu prowadzi śledztwo w tej sprawie. Przesłuchiwane są kolejne osoby, aby ustalić, kto odpowiada za organizację niedoszłych wycieczek. Przypomnijmy - chodzi o wyjazd do Hiszpanii oraz Bułgarii. Według nieoficjalnych informacji 20 tysięcy złotych, które miały być przeznaczone na ostatnią wycieczkę są na razie zdeponowane w wojskowym sejfie.

Na dwa dni przed wyjazdem zadzwoniła pani kierownik, że jest przesunięcie terminu na 1 sierpnia, bo pomyliła się. Powiedziałam, że nie ma problemu. 31 lipca dzwoni do mnie córka i mówi, że nie jedziemy do Hiszpanii. Myślałam, że to żart, ale wyjazd faktycznie został odwołany. Wczoraj było spotkanie, na którym był tylko pan z wojska, który nie potrafił nam wyjaśnić, dlaczego nie doszło do wyjazdu - powiedziała naszemu reporterowi jedna z poszkodowanych osób.

Problemy z wyjazdem dotyczą również innej grupy dzieci, które w sobotę miały wyjechać do Bułgarii. Pięć godzin przed odjazdem organizatorka zadzwoniła do jednej z mam, że jej syn nie może pojechać, bo w autobusie są 22 miejsca, a 23 dzieci i on drogą losową został wybrany. Mama na to się nie zgodziła, ponieważ wszystko było opłacone, a dziecko spakowane. Wieczorem przyjechał autobus z wojskowym kierowcą, ale nie było żadnej opiekunki ani organizatorki. Był za to pan, który przedstawił się jako znajomy kierowniczki, mówił, że jest wojskowym, został oddelegowany godzinę wcześniej, aby zawieźć dzieci do Częstochowy. Powiedział, że wycieczka się odbędzie, ale trzeba zrobić losowanie, bo nie ma miejsca. Oczywiście nie zgodziliśmy się na to. Pan stwierdził, że ma przy sobie 20 tysięcy złotych i jak się nie zdecydujemy, to może te pieniądze rozdać, ale część kwoty już wpłaconej do biura podróży przepadnie. Zgłosiliśmy sprawę na policji - powiedziała naszemu reporterowi Eliza Gibuła, jedna z poszkodowanych osób.

15 Giżycka Brygada Zmechanizowana nie poczuwa się do odpowiedzialności. Dowództwo jednostki podkreśla, że też są stroną poszkodowaną.

(j.)