System dozoru elektronicznego, który pozwala odbywać w domu karę pozbawienia wolności, ma już dwa lata. Nie jest jednak zbyt często stosowany - donosi "Dziennik Polski". Chętnych jest niewielu. Głównie dlatego, że w domowym więzieniu trzeba odsiedzieć cały wyrok. Z więzienia można wyjść szybciej.

REKLAMA

Niemal dokładnie dwa lata temu pierwszy skazany trafił do systemu dozoru elektronicznego (SDE). Nowy sposób odbywania kary opracowano z myślą o sprawcach drobniejszych przestępstw. Jak podaje Służba Więzienna - do końca sierpnia 2011 r. w SDE znalazło się 2698 osób.

Do SDE mają trafić sprawcy nieporządku na imprezach masowych, ale plany nie ograniczają się do kiboli. System ma objąć tych pedofilów, którzy będą leczyć się ambulatoryjnie. Jest też plan wprowadzenia aresztu domowego, alternatywy dla tradycyjnego aresztu śledczego za murem - informuje gen. Paweł Nasiłowski, który rozwija SDE w Polsce.

Setka krakowskich więźniów domowych z pierwszego półrocza 2011 nie robi wrażenia, gdy porównuje się te dane z łódzkimi - 311 przypadków w analogicznym okresie. W Sądzie Okręgowym w Krakowie "Dziennik Polski" dowiedział się, iż jest mało wniosków od skazanych, którym można zamienić tradycyjne więzienie na SDE.

Jednym z ograniczeń dla ekspansji SDE jest konkurencja, jaką stanowią zwolnienia warunkowe. W więzieniu domowym trzeba odsiedzieć cały wyrok, z tradycyjnego można wyjść względnie szybko "za dobre sprawowanie". Nadzorowane elektronicznie osoby zwracały szczególną uwagę na ten mankament.