Miał to być atrakcyjny, korespondencyjny kurs językowy. Mimo że, do lekcji jednak nie doszło, pozostało ponad 6 tysięcy złotych kredytu do spłacenia.

REKLAMA

3 lata temu panią Barbarę odwiedził przedstawiciel warszawskiej szkoły językowej. Zaproponował skorzystanie z kursu języka angielskiego. Oferta była atrakcyjna: zaproponował, że on będzie przychodził raz w miesiącu do domu i uczył, przyniesie książki.

Koszt kursu to prawie 3 tysiące złotych. Mężczyzna przedłożył odpowiednią umowę – wynikało z niej, że kobieta zapłaci wpisowe 150 złotych i po uiszczeniu tej opłaty przyjdzie pierwszy komplet podręczników. Po pewnym czasie pani Barbara rozmyśliła się i wpisowego nie wpłaciła.

Ale podpisując umowę zobowiązała się do opłacenia całego kursu zaciągając kredyt. Tyle, że o tym dowiedziała się niedawno, kiedy komornik zajął jej wynagrodzenie.

Ja tę sprawę skieruję do zarządu. Podejmiemy jakąś decyzję - mówi pracownik szkoły językowej. Szkoda tylko, że dopiero po 3 latach i po interwencji dziennikarzy.