Żeby państwo wzięli helikopter i przelecieli nad takimi halami, i pokazali, jak śnieg zalega. To jest brak odpowiedzialności za takie obiekty – mówi Zdzisław Karol, jeden z gości targów, którego udało się uratować. Mężczyzna chwali jednak akcję ratowników. Przebywa teraz w szpitalu w Siemianowicach Śląskich. Oto jego relacja:

REKLAMA

Jeszcze kilka godzin temu w hali znajdowało się około 7 tysięcy osób. Gdyby do wypadku doszło wtedy, brakłoby szpitali w tym województwie. To jest coś okropnego i tragedia straszna. A ja umierałem, byłem przyciśnięty i zaczynałem tracić świadomość. Wiem, że przeżył mój przyjaciel, prezydent stowarzyszenia hodowców gołębi z Austrii. Ja mam teraz drugie życie. Ja już traciłem siły.

Pełen jest jednak podziwu dla ratowników, którzy narażają życie i walczą o życie tych ludzi. My byliśmy przyciśnięci, a oni ryzykowali i nas ratowali. Nie wiem jaka to była straż, bo było ciemno. Pewne jest, że robili to z wielkim zaangażowaniem.

Pierwsza pomoc przybyła bardzo szybko. Ci, co mnie usłyszeli, gdy jeszcze byłem przytomny, starali się wyciągać, pomóc. Ale nie byli w stanie, bo byłem przyciśnięty. To trwało niedługo - w takich chwilach czas biegnie bardzo szybko. Fachowa pomoc dotarła bardzo szybko. Działali sprawnie, słyszałem ich komendy. Nie widziałem tego, ale słyszałem, że komendy nadawane przez radiotelefony skierowane były do lekarzy, karetki.

Na wystawie było ponad 500 gołębi, więc ponad 500 hodowców. Najważniejszy moment był o godzinie 11, kiedy trwała dekoracja mistrzów. Wtedy było około 5 tysięcy osób. Potem, jak już wychodziłem z hali, ludzi było niewiele. Może 200-300 osób. To się jednak tylko wydawało niewiele, ponieważ to aż hektar powierzchni.

To się zaczęło od strony ulicy Buczkowskiej, od południowo-wschodniego rogu hali. To leciało jak klocki. Wszyscy uciekali, jak mogli. W pewnym momencie zostałem przyciśnięty do ziemi i koniec.