Pięcioro nastolatków w Białymstoku, dwoje niedaleko Mielca, kolejnych dwoje na Śląsku - do szpitali w całym kraju trafia coraz więcej młodych ludzi po zatruciu dopalaczami. Przypadki zatruć bada policja, ale ma problemy: bez specjalnych - i drogich - wzorników nie może stwierdzić, czy zabezpieczane używki zawierają substancje zabronione.

REKLAMA

Licealiści z Białegostoku zatruli się dopalaczami na szkolnym wyjeździe integracyjnym. To opiekujący się nimi nauczyciele zauważyli, że nastolatkowie dziwnie się zachowują, i wezwali pogotowie. Z kolei 18- i 16-latek z jednej z podmieleckich wsi kupili używki w sklepie na starym mieście w Mielcu. Również do szpitali w Tarnowskich Górach i Chorzowie trafiło dwóch 17-latków, którzy zatruli się "produktami kolekcjonerskimi". Kupili je ze znajomymi.

Podobna sytuacja miała miejsce w ubiegłym tygodniu w Krakowie. Tam zabezpieczone dopalacze zostały już przebadane, ale policyjni technicy nie mogą określić, czy zawierają one substancje zabronione. Potrzebują do tego specjalnych wzorników. A te są bardzo drogie - jeden kosztuje kilka tysięcy. Poza tym producenci dopalaczy wciąż wprowadzają na rynek nowe produkty o zmienionym składzie, więc aktualizacja bazy wzorników doprowadziłaby komendy policji do finansowej ruiny.

Z dopalaczami próbują walczyć radni z Bydgoszczy. W środę przegłosowali uchwałę, która zakazuje sprzedaży tych substancji na terenie miasta. Za uchwałą opowiedzieli się niemal jednogłośnie mimo wątpliwości, czy jest zgodna z prawem. Wojewoda kujawsko-pomorski ma teraz 30 dni na jej sprawdzenie.