Sekretarz stanu w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej Daniel Pawłowiec z LPR został odwołany. Stanowiskiem zapłacił za list, w którym żądał od szefowej MSZ Anny Fotygi, wytłumaczenia się z klęski poniesionej na brukselskim szczycie Unii Europejskiej.

REKLAMA

Jarosław Kaczyński jest wyjątkowo mocno wyczulony na wszelkie sugestie, iż brukselki szczyt nie przyniósł Polsce sukcesu. Uderzenie z wewnątrz rządu musiało go rozsierdzić. To jest zachowanie nielojalne i nieodpowiedzialne - mówił dziś obwieszczając dymisję, rzecznik rządu Jan Dziedziczak. Być może gdyby stosunki w koalicji były nieco lepsze to sprawę załatwiono by w białych rękawiczkach i Pawłowcowi pozwolono by samemu podać się do dymisji.

Sam Pawłowiec był przygotowany na to, że list do Fotygi nie ujdzie mu płazem. Twierdzi jednak, że go nie żałuję, i napisał by go jeszcze raz. Jego zdaniem decyzja premiera jest niesprawiedliwa, ale wpisuje się w nurt stylu rządzenia Prawa i Sprawiedliwości. Pan premier samodzielnie podjął tę decyzję, do której zresztą miał prawo jako szef rządu. Pawłowiec o tej decyzji dowiedział się od swojego kolegi, w dodatku przebywając na urlopie.

Czy ta kropla może przelać czarę koalicyjnych goryczy? LPR miała chyba świadomość, że Pawłowiec jest stracony. Już wczoraj politycy LPR odcinali się od jego listu. Ta dymisja nie jest więc pewnie dla nich zaskoczeniem. Jednak reakcja na nią będzie doskonałym testem na to, jak bardzo mali koalicjanci gotowi są do uznania hegemoni PiS.

Jeśli Liga położy uszy po sobie i oświadczy, że nic się nie stało, PiS będzie miał dowód na to, że taktyka straszenia wyborami i stawiania przystawek pod ścianą jest absolutnie skuteczna.

Konrad Piasecki, RMF FM