Nie stres bojowy, ale strach dowódcy plutonu przed swoim zastępcą przyczynił się do ostrzału afgańskiej wioski Nangar Khel. Do takiej informacji dotarł report RMF FM Piotr Świątkowski. Potwierdzają to opinie biegłych psychiatrów.

REKLAMA

Wiemy od dawna, że pluton, który ostrzelał Nangar Khel, miał właściwie dwóch dowódców. Formalnego, niedoświadczonego, młodziutkiego podporucznika Łukasza B. i tego prawdziwego wojennego wyjadacza - chorążego Andrzeja O. To chorąży - zastępca dowódcy - faktycznie wydawał rozkazy. Gdy okazało się, że pociski uderzają w wioskę, młodziutki podporucznik bał się wstrzymać ogień, obawiał się po prostu swojego zastępcy.

Biegli psychiatrzy właśnie o tym ogromnym strachu piszą w jednej ze swoich opinii. Kodeks karny nazywa to brakiem zdolności kierowania swoim postępowaniem. Czy zastępca terroryzował, zastraszał swojego dowódcę? Na razie nie wiadomo.

Ta opinia pozwala jednak na nadzwyczajne złagodzenie kary Łukaszowi B., a nawet zmianę kwalifikacji czynu ze zbrodni wojennej na niedopełnienie obowiązków. Jeżeli w stosunku do mojego mandanta byłby przyjęty stres, a tym samym ograniczona odpowiedzialność karna, może on liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary przez sąd. Wtedy dolna granica zagrożenia wynosiłaby cztery lata, a nie dwanaście - wyjaśnia mecenas Jacek Relewicz.

Psychiatrzy piszą też o stresie bojowym innych żołnierzy plutonu. Prokuratura wojskowa zapowiedziała, że do końca czerwca zakończy śledztwo w sprawie ostrzału wioski. W piątek sąd w Warszawie ma zdecydować o ewentualnym dalszym przedłużeniu aresztu dla żołnierzy.