Wybudzają wyziębionego dwulatka. Chłopiec walczy o życie

Wtorek, 2 grudnia 2014 (11:33)
Aktualizacja: Wtorek, 2 grudnia 2014 (15:16)

Lekarze ze szpitala dziecięcego w Krakowie – Prokocimiu wybudzają ze śpiączki farmakologicznej dwuletniego chłopca, który od 48 godzin walczy o życie. "Dzisiejszy i jutrzejszy dzień to będzie czas na stopniowe wyprowadzanie z głębokiej narkozy. Nie wiedząc, w jakim stanie jest ośrodkowy układ nerwowy, trzeba być niesłychanie ostrożnym" - podkreślił prof. Janusz Skalski, który opiekuje się malcem.

Lekarze przed południem zamknęli klatkę piersiową dziecka. Kolejnym krokiem było zaprzestanie podawania leków, które utrzymują malucha w śpiączce. Na razie chłopiec jeszcze nie zareagował na odstawienie leków.

Lekarze czekają na nawet najmniejszy ruch palcem lub ręką - to będzie sygnał, że układ nerwowy i mięśnie zaczynają funkcjonować. Wtedy też wybudzenie ze śpiączki wejdzie w decydującą fazę.

To byłby absolutny cud, gdyby udało się to dziecko bez szwanku wyprowadzić, ale jak będzie, to nie wiemy. Mam nadzieję, że ono się wybudzi. Ale jak się wybudzi, czy będzie jakiś defekt, tego nie wiemy - mówi prof. Janusz Skalski. Jak dodał, wybudzanie Adasia może potrwać nawet kilkanaście godzin. Pocieszające jest to, że - jak mówią lekarze - chłopiec ma silny organizm i walczy o życie.

Prof. Skalski powiedział także, że serce, nerki i wątroba chłopca pracują prawidłowo. Największą niewiadomą jest mózg. Jeśli nie ucierpiał - dwulatek po przebudzeniu powinien zacząć samodzielnie oddychać i reagować na dotyk.

Cytat

Gdyby chłopiec wyszedł z całej historii bez szwanku, to można by mówić o cudzie

Mamy kilka takich drobiazgów i obserwacji w badaniach laboratoryjnych, które pozwalają nam w tej chwili mieć odrobinę optymizmu. Ale to jest odrobina optymizmu. To nie jest pełen optymizm - do tego jeszcze bardzo daleko - podkreślił Skalski. Zastrzegł, że pozytywne wyniki tomografii komputerowej jeszcze o niczym nie przesądzają. Miewaliśmy takie sytuacje, że tomografia komputerowa była bez zmian, a tym czasem dziecko wychodziło ciężko uszkodzone. Bywają sytuacje, które wymykają się nam spod kontroli nawet bardzo szczegółowych badań dodatkowych. Czasem się to wymyka spod kontroli - tłumaczył.

Stan mózgowia to jest niewiadoma. Proszę wybaczyć, ale w tym wypadku nie wolno nam się wypowiadać. Proszę wczuć się w sytuację rodziców, którzy w tej chwili są zrozpaczeni, którzy mają ogromny problem. Wszyscy rozpaczają, cała wioska i sąsiedzi. Jeżeli my powiemy, że wszystko jest w porządku, a okaże się, że doszło do uszkodzenia to jak my będziemy wtedy mogli im spojrzeć w oczy? - pytał.

Skalski zauważył, że gdyby dwulatek wyszedł z całej historii bez szwanku, to można by mówić o cudzie. Nawet, jeśli wszystkie badania są pomyślne, to jest jeszcze ten ulotny czynnik indywidualnego zachowania się organizmu tego właśnie dziecka. Mam nadzieje, że ono się wybudzi, ale jak się wybudzi czy będzie jakiś defekt to naprawdę nie wiemy i proszę od nas tego nie wymagać - stwierdził.  

Skalski podziękował wszystkim, którzy od pierwszych chwil brali udział w akcji ratowania wyziębionego chłopca. Wysiłek zespołu tego szpitala, pielęgniarek, perfuzjonistów, którzy przyjechali... Po prostu w tym dniu była mobilizacja całego zespołu i było to zorganizowane bardzo sprawnie. Był wysiłek ogromny całego zespołu, żeby takiego pacjenta sprawnie i szybko ratować. Musze powiedzieć z dumą, że od momentu wjazdu dziecka na blok operacyjny do momentu podłączenia wspomagania krążenia w układzie ECMO (płucoserca) upłynęło, zaledwie pięć minut. To jest rekord. To jest absolutny rekord, jeśli chodzi o czas podłączenia. To świadczy o sprawności zespołu. I oby tak zawsze było - wyliczał.

Prof. Skalski rozmawia z dziennikarzami [Józef Polewka, RMF FM]

Dramatyczna historia z Racławic

Przypomnijmy, że dramatyczne wydarzenia rozegrały się w weekend w małopolskich Racławicach. W niedzielę rano zaginięcie dziecka zgłosiła babcia, pod której opieką był dwulatek. Na poszukiwanie chłopca wyruszyli policjanci i strażacy. Po godzinie odnaleźli go nad rzeką, 600 metrów od domu. Chłopiec miał na sobie tylko piżamę.

Funkcjonariusz, który go znalazł, pobiegł do najbliższego domu i tam, w ciepłym pomieszczeniu, rozpoczął reanimację. Wezwano pogotowie, które przewiozło malucha do szpitala w Prokocimiu.

Według ustaleń policji, w sobotni wieczór rodzice zostawili dwulatka pod opieką babci. Nie wiadomo, co stało się w nocy. Kobieta trafiła na oddział psychiatryczny i nie można jej na razie przesłuchać. Pod opieką psychologów są także rodzice chłopczyka.

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

Maciej Grzyb