Wolne krowy zniewolone przepisami. Co dalej ze stadem z Deszczna w Lubuskiem?

Środa, 31 lipca 2019 (08:58)

Kiedy w pierwszej połowie czerwca minister rolnictwa wstrzymał decyzję o uboju około 180 sztuk bydła, które od lat żyje na łąkach w okolicach Deszczna w Lubuskiem, wszystko wskazywało, że sprawa niebawem znajdzie swój finał. Stado miało trafić do jednego z państwowych gospodarstw rolnych, ale zaprotestowali społecznicy. Chcieli, by krowy trafiły w bezpieczne dla nich miejsce, gdzie będą miały zagwarantowany dożywotni spokój, unikną kiepskich warunków, ale przede wszystkim unikną śmierci. Takie miejsce miał zagwarantować rolnik z okolic Czarnocina w Zachodnipomorskiem. Okazało się jednak, że transport bydła jest niemożliwy.

Na przeszkodzie stanęły obowiązujące w Polsce przepisy. Według inspekcji weterynaryjnej, stado może być gdziekolwiek przetransportowane, jeśli będzie spełniać określone wymogi. Po pierwsze - będzie posiadało swój numer, po drugie - całe wchodzące w jego skład bydło będzie oznakowane i zakolczykowane, i wreszcie po trzecie - zwierzęta przejdą obowiązkowe badania. Problemem okazała się też własność stada, które formalnie wciąż należało do braci Skorupa z gminy Deszczno. Po negocjacjach ze społecznikami, formalni właściciele zrzekli własności na rzecz Biura Ochrony Zwierząt w Zielonej Górze. Jak poinformowali przedstawiciele Fundacji w wydanym wówczas komunikacie - Paweł Skorupa zastosował się tym samym do wyroku sądu z 19 listopada 2018 roku, który zakazywał mu posiadania krów. Na barki BOZ spadł też obowiązek utrzymania stada i dopełnienia wszystkich formalności związanych z oznakowaniem ponad 180 krów.

Stado nadal przebywa na Zakolu Santockim nad brzegiem Warty w okolicach Ciecierzyc pod Gorzowem Wielkopolskim. Gmina Deszczno powiedziała, że nie będzie już więcej finansować utrzymania krów i ponieważ to my przejęliśmy stado, w oparciu o artykuł 38a pkt. 1 ustawy o ochronie zwierząt - ten obowiązek spoczął na nas. Od pierwszego lipca. Każdy dzień bytu tych krów kosztuje 2160 złotych, czyli około 12 złotych od krowy, licząc, że jest ich 180 - tłumaczy Izabela Kwiatkowska, szefowa Biura Ochrony Zwierząt. Decyzją administracji państwowej, utrzymaniem i dokarmianiem bydła zajmuje się wynajęty rolnik. To jemu społecznicy będą musieli zapłacić za opiekę nad stadem. Na razie żadnej faktury jeszcze nie dostaliśmy, ale będziemy musieli zapłacić. Dlatego zbieramy pieniądze. Założyliśmy zbiórkę na ratujemyzwierzaki.pl, wyznaczyliśmy jako cel 300 tysięcy bo nie mamy pojęcia jak długo te krowy tam zostaną. Skoro za jeden miesiąc jesteśmy dłużni opiekunowi ponad 60 tysięcy, to wiemy, że na pewno będzie potrzeba więcej środków ­- dodaje Izabela Kwiatkowska.

Swoisty przełom w sprawie nastąpił 24 lipca, kiedy BOZ otrzymało tzw. numer producenta stada od Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. To z kolei daje możliwość zamówienia kolczyków i założenia ich zwierzętom. Społecznicy znaleźli już firmę, która ma się tym zająć. Do zakolczykowania krów potrzebna będzie też specjalna infrastruktura na miejscu. Tzw. koppel czy poskrom. Co oczywiste - zakolczykowanie krów nie będzie zadaniem łatwym. Mamy tam np. tonowe byki. Te krowy nigdy w życiu nie były dotykane i teraz nagle coś będzie przy nich robione, będą przekłuwane uszy, będzie pobierana krew - tłumaczy szefowa BOZ. Całym przedsięwzięciem ma się zająć firma z Gniezna, która zadeklarowała, że kolejny wolny termin ma po 15 sierpnia. Społecznicy liczą, że w tym czasie uda im się porządnie przygotować całą akcję - tak, by ograniczyć stres zwierząt i być może zwiększyć pulę zebranych do tej pory pieniędzy. BOZ czeka jeszcze na kolejny krok administracyjny, jakim będzie przyznanie puli numerów dla poszczególnych krów, byków i cieląt w stadzie.

Azyl w Zachodniopomorskiem? Być może za rok

Kiedy społecznicy z Arki dla Zwierząt, która jako pierwsza organizacja broniąca praw zwierząt zabrała głos w sprawie krów z Deszczna, zaczęli szukać miejsca, do którego mogłoby trafić stado - na ochotnika zgłosił się rolnik z Czarnocina w Zachodniopomorskiem. Witold Bieschke, który prowadzi ekologiczne gospodarstwo rolne, zadeklarował, że bydło będzie miało idealne warunki - zbliżone do tych, w których przebywa obecnie. Ziemie, na których miało być wypasane stado, znajdują się w bliskim sąsiedztwie Zalewu Szczecińskiego. Na transport do Czarnocina nie zgadza się jednak powiatowy lekarz weterynarii z Goleniowa. Jak tłumaczy - dopóki nie będzie wyników badań stada, przewiezienie zwierząt na teren powiatu goleniowskiego nie jest możliwe. Te zwierzęta muszą najpierw uzyskać status urzędowy stada wolnego od chorób tj. bruceloza, białaczka i gruźlica bydła. Żeby uzyskać pełny i miarodajny wynik, badania trzeba powtórzyć trzykrotnie, w odstępach 3-4 miesięcy - tłumaczy Zdzisław Czerwiński w rozmowie telefonicznej. Nie trudno policzyć, że oczekiwanie na ostateczny wynik badań może potrwać nawet rok. Dodaje, że potencjalny nowy opiekun stada - Witold Bieschke złożył w jego biurze oświadczenie, w którym zapewnił, że nie przyjmie stada do swojego gospodarstwa, bez wcześniejszych badań. Zdaniem powiatowego lekarza weterynarii, organizacje broniące praw zwierząt zbyt późno zabrały się pomoc krowom z Ciecieryc. Zamiast pomóc właścicielom wcześniej, kiedy nie radzili sobie ze stadem - teraz robi się szum wokół tego. (...) Moim zdaniem gra jest niewarta świeczki. Więcej mamy do stracenia jako państwo niż do zyskania. Przepisy unijne nie pozostawiają złudzeń - w tej sytuacji stado powinno być poddane ubojowi i utylizacji. Państwo polskie straciło już tyle środków, dziennie zabija się tyle sztuk bydła, że dla mnie w tej sytuacji gra jest niewarta świeczki - tłumaczy powiatowy lekarz weterynarii z Goleniowa Zdzisław Czerwiński. Pytany o to, co więc jego zdaniem wydarzy się dalej, odpowiada: Czekam na badania, ale też decyzje polityczne. Do sprawy wrócimy.

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

Mateusz Chłystun

Joanna Potocka