W Poznaniu jest tak zimno, że zamarzają szyby w palmiarni. Rozmarzająca woda spada na tropikalne kaktusy. „Deszcz” w środku mroźnej zimy na szczęście nie jest groźny dla roślin. Bez problemu utrzymywana jest stała też temperatura w pawilonach palmiarni.

Rośliny poznańskiej palmiarni zamarzły tylko raz. Był to 1945 rok. Luty. W czasie walk o Poznań jeden z pocisków uszkodził rurę doprowadzającą ciepłą wodę do szklarni. Nawet w czasach PRL-u roślinom w największe mrozy nic się nie stało mimo „choroby zawodowej” palaczy – mówi jeden z pracowników obiektu. Przed remontem zimą spalano w kotłowniach 40 wagonów koksu. Dziś budynek jest podłączony do miejskiego „cieplika” i posiada własną kotłownię olejową ogrzewającą poszycie dachu.

Odkąd nie ma palaczy wykres temperatury to linia prosta – mówi dyrektor Zbigniew Wągrowski.

Temperatura w czasie zimy jest specjalnie obniżana. Mała ilość światła i wysoka temperatura mogłyby doprowadzić do efektu „ziemniaka w piwnicy”, który w cieple wypuszcza białe łęty. Mogłoby to grozić chorobami roślin.

Palmiarnia nie posiada żadnej izolacji. Szyby o grubości 4 milimetrów nie stanowią bariery dla ciepła. Uszkodzenie systemu grzewczego oznaczałoby wychłodzenie szklarni w 45 minut. Nie myślą o tym Poznaniacy odwiedzający palmiarnie. W czasie mrozów to najcieplejsze miejsce w Poznaniu