Ustawa śmieciowa obowiązuje od 1 lipca. Jak działa w praktyce? Sprawdziła nasza dziennikarka

Piątek, 5 lipca 2013 (07:00)

"Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska interweniują i na bieżąco monitorują sytuację śmieciową w kraju" - tak generalna inspekcja tłumaczy, dlaczego kontrolę w wybranych gminach rozpocznie dopiero 16 lipca, chociaż ustawa śmieciowa weszła w życie 1 lipca. Sprawdziliśmy, jak z wywozem śmieci radzą sobie poszczególne województwa.

Zobacz również:

Na początek południe kraju, bo właśnie stamtąd mieliśmy najwięcej sygnałów, że realizacja ustawy szwankuje. Pani redaktor, mamy stan przejściowy - to urzędnicza diagnoza z Krakowa. Potem refleksja o braku pojemników i o gminach, które zaproponowały zbyt ostre kryteria selekcji śmieci, i nie chcą do szkła zaliczać stłuczonych butelek lub słoików, ale nie uczą obywateli, że szyba samochodowa ma inną temperaturę topienia, więc nie powinna się znaleźć w takim kontenerze. O samych interwencjach i bieżącej kontroli rozmowa się nie kleiła - wszak to obowiązek gminy, a kontrola inspektorów ochrony środowiska rozpocznie się po...16 lipca.

Teraz Mazowsze. W tym regionie pełna informacja i współpraca inspektoratu z wojewodą. Jest telefon 987, pod który można dzwonić z prośbą o interwencję w gminie. Takich próśb - do tej pory - było sześć i głównie dotyczyły nieodbierania śmieci albo mniejszej wielkości kontenerów, niż dotychczas. Wszystkie interwencje zostały zakończone pomyślnie dla mieszkańców już na pierwszym etapie, czyli po telefonie do wójta, burmistrza lub prezydenta. Jeśli sprawa nie zostałaby załatwiona w ciągu trzech dni, to - jak nas poinformowała Maria Suchy, zastępca Mazowieckiego Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska - inspektorzy interweniowaliby w radach samorządów.

Podkarpacie ma mniej szczęścia, jeśli chodzi o zaangażowanie inspektorów. Usłyszeliśmy, że kontrole zaczną się po 16 lipca, a teraz urzędnicy przygotowują się do tego wyzwania. O kłopotach mieszkańców nie słyszeli, więc może ich po prostu nie ma. Na Kujawach i Pomorzu o kłopotach słyszeli i twierdzą, że sytuacja się normuje. Zniknęły śmieci z miejskich koszy. Obywatele skarżyli się na brak pojemników, ale w czerwcu, teraz - podobno - już się nie skarżą.

Na Dolnym Śląsku - z punktu widzenia inspektorów - kłopotów raczej nie ma, oprócz zalegających zielonych worków z odpadkami BIO, które nie są wywożone, ale mieszkańcy się nie skarżą, dlatego interweniować nie trzeba.

W stolicy województwa lubuskiego mieszkańcy nie są tak wyrozumiali. I skarżą się na: brak pojemników, nieodpowiedni wymiar kontenera, firmę, która odbiera śmieci bez przetargu. Kontrolerzy sprawdzą to... 16 lipca.

W Opolu usłyszałam, że nikt w inspektoracie o śmieciach nic mówił nie będzie, bo inspektorat nie jest od tego, aby zajmować się pojedynczymi sprawami pojemników. Podobna odpowiedź padła w Łodzi, gdzie pani inspektor bardzo rozdrażnionym głosem poinformowała mnie, że "śmieci to nie nasza sprawa, ani ministerstwa środowiska, tylko gmin". Po czym usłyszeliśmy, że jeśli ktoś zadzwoni ze skargą, zostanie odesłany do gminy. Mieszkańcy Łódzkiego oszczędźcie więc sobie fatygi dzwonienia do owej instytucji i szukania tam pomocy.

Lublinie dowiedziałam się, że "na razie spokój, ale może być różnie", bo efekty nowego prawa będzie widać dopiero za miesiąc. Są telefony, pod które mieszkańcy mogą dzwonić, ale na razie nie dzwonią. Ziemia Świętokrzyska to również raj dla urzędników inspekcji. Obywatele nie zawracają głowy i wiedzą, że mają dzwonić do gmin. Kontrola jest oczywiście zaplanowana na... 16 lipca.

Poznaniu nie dowiedziałam się nic, bo szefostwo wyjechało na szkolenie i będzie dopiero w poniedziałek, a nikt inny nie jest upoważniony do udzielania informacji o ewentualnych interwencjach.

Na Pomorzu spore zaangażowanie i pełna współpraca inspekcji z wojewodą i sanepidem. Mieszkańcy skarżą się na brak pojemników, worków i na to, że nowe firmy nie znają tras przejazdów. Urzędnicy interweniują. W Pucku zorganizowali na przykład przejazd śmieciarek z przedstawicielami gminy, którzy pokazywali kierowcom, gdzie mają jechać. Gdańscy inspektorzy mają również swoje pierwsze refleksje o tym, że należałoby zmienić harmonogramy odbioru śmieci w niektórych gminach. Chodzi przede wszystkim o wywózkę odpadków BIO, które w wielu miejscach zaplanowano raz na miesiąc, co w letnich upałach może sprawić, iż śmieci ożyją i... same sobie gdzieś pójdą.

Świetnie zorientowany w "sytuacji śmieciowej" był również inspektor śląski. W jednej czwartej gmin występują problemy z pojemnikami do selekcji. Sytuacja jest trudna, bo gminy załatwiały wszystko na ostatnio chwilę i producenci koszy i kontenerów nie nadążają z produkcją. A to oznacza, że jeszcze przez jakiś czas śmieci, które miały być posegregowane, będą trafiać do tych samych koszy co inne odpadki. Inspektor dysponuje pełnymi danymi co do przetargów i ciągłości odbierania śmieci na Śląsku, bo kontrolę wysłał od razu jak zmiany weszły w życie, wszak "śmieci to nasz wspólny problem". 

Podobne zdanie usłyszeliśmy również w Szczecinie. Pełna wiedza tamtejszego inspektora o tym, co dzieje się w terenie, czy to jest Czaplinek, w którym nie rozstrzygnięto przetargu, czy w gminie Chojna, gdzie śmieci nie zostały odebrane. Po interwencji u wójta obietnica, że najpóźniej do jutra odpadki zostaną zabrane. W Białymstoku kontroli doraźnych i interwencji nie przewidziano, bo śmieci to nie problem inspektoratu.

Podsumowując: Gdy się chce - to można, jak się nie chce - to nie można nic. Na końcu każdej systemowej zmiany jest człowiek, któremu albo się chce, albo mu się nie chce. Urzędnicy w Katowicach, Szczecinie, Gdańsku czy w Warszawie mogą interweniować, a ich koledzy z Łodzi czy Opola nie muszą, bo przepisy im tego nie nakazują. Ot cała różnica.

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

Agnieszka Burzyńska