Śledztwo ws. znęcania się nad pensjonariuszami domu opieki w Radości

Środa, 5 grudnia 2007 (12:31)

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie fizycznego i psychicznego znęcania się nad pensjonariuszami domu pomocy społecznej w podwarszawskiej Radości. Badała tę sprawę już w październiku, wtedy jednak policja nie stwierdziła żadnych nieprawidłowości. Dziennik "Polska" opublikował w środę materiały świadczące o tym, że w domu maltretowano i poniżano pensjonariuszy.

Były pracownik placówki, Łukasz K., który nagrał filmy będące dowodem horroru, zawiadomił śledczych o gehennie pacjentek już 4 października. Sprawa ruszyła jednak do przodu dopiero kiedy zajęły się nią media. Po pierwsze z powodu najważniejszego świadka. Łukasz K., pracownik Wojewódzkiego Urzędu Pracy o nieprawidłowościach doniósł już w październiku, jednak sam się ze swoich oskarżeń wycofał.

Po drugie, jak mówi prokurator Dariusz Korneluk, wysłany do Radości policjant nie potwierdził doniesień: Funkcjonariusz policji rozmawiając i z personelem i z osobami tam przebywającymi w październiku tego roku, nie zaobserwował żadnych nieprawidłowości. Nie było dowodów, nie było sprawy. To pierwsze postępowanie prokuratura zamknęła 12 listopada.

Sprawą ośrodka z Radości zajęło się też Ministerstwo Pracy. Podało, że od 2004 roku kilka razy monitowało właścicieli domu, by zarejestrowali działalność. Nie dochodziło do tego prawdopodobnie z braku wykwalifikowanego personelu. Jedyną karą, jaką można nałożyć na taki niezarejestrowany dom opieki jest grzywna. Zaczęła się już procedura jej nałożenia. Ministerstwo zapowiada także wzmożone kontrole ośrodków opieki w całej Polsce.

Placówkę skontrolowali w środę także inspektorzy urzędu wojewódzkiego. Według inspektorki z mazowieckiego urzędu wojewódzkiego, warunki, w których żyją pacjenci ośrodka są dobre i nie budzą żadnych zastrzeżeń: Myśmy przyjechały, żeby w dniu dzisiejszym stwierdzić, jaka jest sytuacja mieszkanek, w jakich warunkach przebywają i jaki jest ich stan zdrowia.

Kierowniczka ośrodka nie wyklucza podania do sądu swojego podwładnego. Katarzyna Zimny poczuła się dotknięta wypowiedziami byłego pracownika. Według niej, były mężczyzna rozpętał aferę, bo próbuje uniknąć służby wojskowej.

Przyznała jednak, że czasem „tracimy tu cierpliwość”. Pytaliśmy ją, czy tak powinni zachowywać się pracownicy domu starców: Może nie do końca, aczkolwiek pracują tylko ludzie z osobami psychicznie chorymi i w tym momencie dużo by trzeba mówić - odpowiedziała kierowniczka. Z kierowniczką domu Katarzyną Zimną oraz pacjentkami rozmawiała reporterka RMF FM Kamila Biedrzycka:

Rodziny pacjentów są oszołomione, przerażone i przede wszystkim zaskoczone. Niektórzy nie czekając na żadne wyjaśnienia, postanowili natychmiast zabrać swoich bliskich. Jak powiedziała reporterce RMF FM wnuczka jednej z pacjentek, rzeczywiście w ciągu ostatnich dwóch lat kilka razy widziała siniaki na twarzy swojej babci. Opiekunowie tłumaczyli jednak, że pojawiły się one w wyniku upadku.

Sami pacjenci – ci, którzy mogą mówić – zapewniali, że w ośrodku nikt ich nie krzywdzi: Jest mi dobrze. Leżę tyle lat, jestem zadowolona, traktowana tak, jak w rodzinie - powiedziała nam jednak z pensjonariuszek. Inna przyznała jednak, że boi się powiedzieć prawdę. Autor przerażającego filmu nie chciał się dziś wypowiadać. Twierdził, że sprawa jest skomplikowana i że musi się nad wszystkim zastanowić.

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

RMF FM - newsroom