"Nie wiem, czyje było to Ferrari". Kolejne zeznania w sprawie tzw. "mafii wnuczkowej"

Piątek, 23 lutego 2018 (16:48)

Przed poznańskim sądem po raz kolejny stanął dziś Arkadiusz Ł. ps. "Hoss". To on zdaniem policji i prokuratury odpowiada za powstanie i zorganizowanie grupy przestępczej, okradającej seniorów w Polsce i na zachodzie Europy. Razem z "Hossem na ławie oskarżonych zasiada jego brat – Adam P. Obaj mieli wymyślić i opracować metodę kradzieży "na wnuczka".

Działający w grupie przestępcy pukali do domów starszych osób, powoływali się na bliskie osoby, prosząc o pilne pożyczki sporych sum pieniędzy. Wyłudzenia miały ułatwiać wymyślane naprędce historie o wypadkach, niespodziewanych tarapatach itd. Przestępcy grali na emocjach seniorów, wmawiając im, że tylko pieniądze dostarczone jak najszybciej mogą pomóc osobie będącej w rzekomym kłopocie - np. wnukowi pokrzywdzonej osoby.  

Sąd przesłuchał dziś kolejnego świadka w procesie. Zeznawała konkubina syna Arkadiusza Ł. W świetle polskiego prawa nie można jej nazwać synową, bo formalnie nie zawarła ślubu z synem oskarżonego. Parę łączy natomiast ślub romski (obaj oskarżeni mężczyźni to Romowie - przyp. red.). Wobec powyższego, kobiecie nie przysługiwało prawo do odmowy składania zeznań. Uważam, że obecni tu oskarżeni to byli biedni ludzie, nie wiem nic na temat ich majątku, czy mieli domy i samochody - mówiła. Świadek podtrzymała jednak zeznania z postępowania przygotowawczego. Wtedy potwierdziła w prokuraturze, że w garażu oskarżonego widziała samochód marki Ferrari, ale nie wie, do kogo należało.

Wyjaśnienia przed sądem złożyli też dwaj oskarżeni - Arkadiusz Ł. ps. "Hoss" i jego brat Adam P. który mówił m.in. o warunkach w warszawskim areszcie, zaraz po aresztowaniu w 2014 roku. Było tragicznie. Traktowali nas źle. Powiedziałem wtedy - jeszcze trochę i tu umrę - zeznał dziś P. Dodawał też, że podczas przesłuchania w warszawskiej prokuraturze przedstawiono mu stenogramy z podsłuchów, na których rzekomo zarejestrowano jego głos. Początkowo P. zaprzeczył, że jest jednym z uczestników nagranych rozmów. Później, odwołując się do złych warunków w areszcie - przyznał się: Chciałem natychmiast wyjść z więzienia! Byłem w takiej kondycji, że przyznałbym się wtedy do wszystkiego, nawet do tego, że zabiłem własną matkę.

Arkadiusz Ł. stwierdził z kolei, że prokurator, który go przesłuchiwał zaproponował "układ". Mężczyźni mieli usłyszeć, że jeśli do wszystkiego się przyznają - zostaną zwolnieni z aresztu. Śledczy mieli sugerować, że w takiej sytuacji oskarżonych, a wtedy jeszcze podejrzanych czekają 4 lata za kratami i poręczenie majątkowe. "Hoss" zeznał dziś, że był gotów pójść na taką propozycję, ale wtedy prokurator miał powiedzieć, że musi wziąć pod lupę jeszcze samochody mężczyzny. Jeśli okazałoby się, że są jego - mogłyby posłużyć jako dowód w sprawie. "Hoss": To nie były moje auta. One należały do Bolesława Ł., ale byłem gotów za nie zapłacić, byle tylko stały się moją własnością. Mężczyzna tłumaczył w ten sposób rzekomą desperację, która nim wtedy kierowała, by tylko wyjść na wolność. Potem na wszystko, o co pytał prokurator odpowiadałem: tak to ja, tak to ja itd. - mówił dziś Arkadiusz Ł.

Obaj mężczyźni wycofali dziś swoje zeznania, które składali w postępowaniu przygotowawczym. Twierdzili, że to, co powiedzieli przed prawie czterema laty nie było wiarygodne. Zrobili to, bo chcieli wyjść na wolność. Czuję się jak więzień polityczny, my jesteśmy ofiarami także mediów - mówił w poznańskim sądzie Arkadiusz Ł.

Obrona oskarżonych wciąż podważa wiarygodność zebranych w tej sprawie dowodów. Reprezentujący braci mec. Paweł Sołtysiak domaga się powołania kolejnych biegłych, m.in. z zakresu niemieckiego prawa karnego (mężczyźni byli podsłuchiwani przez organa ścigania za zachodnią granicą), który miałby sprawdzić legalność podsłuchów. Oprócz tego obrona zawnioskowała o dopuszczenie jako dowodu w sprawie kolejnej opinii biegłego psychiatry i tłumacza języka romskiego. Sąd te wnioski odrzucił. To blokuje poznanie prawdy - mówił po wyjściu z sali rozpraw mec. Sołtysiak.

Proces domniemanych szefów mafii wnuczkowej ruszył w czerwcu ubiegłego roku. Pierwszą rozprawę planowano jednak miesiąc wcześniej, na 19 maja. Wtedy Arkadiusz Ł. twierdził, że źle się czuje i potrzebuje pomocy lekarskiej. Do sądu wezwano pogotowie, proces nie mógł się więc rozpocząć. Kolejny termin sąd wyznaczył na czerwiec. To wtedy formalnie ruszył proces. W trakcie pierwszej rozprawy oskarżony płakał, a jego żona krzyczała do dziennikarzy: Ludzie na stołkach oficjalnie kradną! Dlaczego o tym nie mówicie, tylko o nas? Bo my jesteśmy Romowie? Mąż się ukrywał przed cyganami, bo chcieli nas zabić!

W ręce policji "Hoss" trafił w lutym 2017 roku. Sąd zdecydował wtedy o policyjnym dozorze i obowiązku stawiania się na komisariacie. Kiedy po dwóch dniach "Hoss" przestał przychodzić na policję - ruszyły zmasowane poszukiwania. Zadanie znalezienia szefa mafii wnuczkowej przydzielono grupie ds. poszukiwań celowych z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu. Tzw. Łowcy Cieni namierzyli go w Warszawie. W momencie zatrzymania był łysy, zgolił brodę. Kamuflował się też przebierając za robotnika budowlanego. Po zatrzymaniu trafił do aresztu. Po prawie trzech miesiącach od zatrzymania ruszył jego proces. Kolejną rozprawę sąd zaplanował na 17 kwietnia.

(m)

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

Mateusz Chłystun