Mateusz Waligóra przeszedł już 400 km Szlakiem Wisły. "Im dalej na północ, tym większe robi wrażenie"

Sobota, 19 września (11:00)

Już 400 kilometrów wędrówki ma za sobą idący przez całą Polskę Mateusz Waligóra. Podróżnik dotarł do Sandomierza. Idzie wzdłuż Wisły od jej źródeł. Zbiera wskazówki, które mają pomóc w wytyczeniu najdłuższego długodystansowego szlaku pieszego z południa na północ Polski. Na Szlaku Wisły z każdym kilometrem rozpoznaje go coraz więcej mieszkańców okolicznych miejscowości. "Słyszeli o mnie w radiu. Kiedy mówię o tym, że mam ze sobą ten wózek, kiedy widzą mnie, to od razu wiedzą, że to ja i tym chętniej zagadują, pozdrawiają. Pytają też jak mija mi droga, dokąd dokładnie idę, dokąd dojdę, gdzie biwakowałem dzisiaj. Są bardzo ciekawi. Są mniej więcej tak samo ciekawi mojej historii, jak ja ich" - przyznaje Waligóra w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem. "Dokładnie po 14 dniach marszu i 16 dniach wyprawy mam za sobą 400 kilometrów. Do ujścia Wisły w Bałtyku pozostało mi kolejnych 800, a zatem jedna trzecia drogi już za mną" - wylicza.

Michał Rodak: Jak wyglądał ostatni tydzień twojej wędrówki, czyli etap już po wyjściu z Krakowa?

Mateusz Waligóra: Po wyjściu z Krakowa od razu postanowiłem, że pierwszy dzień będzie krótszy i przejdę tylko 25 kilometrów do Niepołomic - do miejsca, które nazywa się "Zwał jak Zwał" i zatrzymują się tam rowerzyści. To miejsce, o którym mówiło mi naprawdę wiele osób. Ja często podchodzę z rezerwą do takich rekomendacji, ale muszę przyznać, że akurat gospodarze tego miejsca urzekli mnie i przerosło ono moje oczekiwania. W kolejnych dniach poruszałem się Wiślaną Trasą Rowerową, bo jest bardzo dobrze oznakowana, dobrze wytyczona. Poruszanie się po wałach wiślanych ma olbrzymią zaletę, bo można wówczas dostrzec naprawdę wiele. Dużo więcej niż wtedy, kiedy idzie się tuż przy rzece. Za to jednocześnie spotykamy mniej ludzi, więc w tym czasie na mojej drodze mijałem głównie rowerzystów. Tutaj na pograniczu Małopolski i województwa świętokrzyskiego uznałem, że czas pójść nieco pośród wiosek i odejść troszeczkę od tej Wisły, która od początku ma tylko wskazywać kierunek tego marszu. Chodziło o to, by posłuchać historii ludzi, którzy nad tą rzeką żyją. Rozmawiamy już kiedy jestem w Sandomierzu, a muszę przyznać, że te ostatnie dni obfitowały w wiele takich rozmów z rolnikami, z osobami prowadzącymi sady jabłkowe, bo właśnie z nich ta okolica słynie, a wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, ze sklepikarzami i mieszkańcami, czyli osobami, które na co dzień z tą Wisłą przebywają i mają wiele historii, którymi mogą się podzielić. Choć to historie często proste, to fascynujące.

To osoby, które już wiedzą, że idziesz wzdłuż Wisły przez całą Polskę? Czy też dopiero od ciebie się o tym dowiadują?

Jest dwojako. Wiele osób oczywiście wie o tym, że idę wzdłuż rzeki i rozpoznaje mnie po wózku. Tutaj rola RMF FM jest niezaprzeczalna w tej rozpoznawalności, bo ci mieszkańcy słyszeli o mnie w radiu. Kiedy mówię o tym, że mam ze sobą ten wózek, kiedy widzą mnie, to od razu wiedzą, że to ja i tym chętniej zagadują, pozdrawiają... Pytają też jak mija mi droga, dokąd dokładnie idę, dokąd dojdę, gdzie biwakowałem dzisiaj. Są bardzo ciekawi. Są mniej więcej tak samo ciekawi mojej historii, jak ja ich. To czasem rodzi pewne niedogodności, bo to ja chciałbym słuchać, a tymczasem często muszę opowiadać. Zdarzają się też jednak osoby, które ja zagaduję i kompletnie nie wiedzą kim jestem, dokąd idę. To też są spotkania, które mają bardzo dużą wartość, bo wtedy to ja wypytuję o większość rzeczy.

A jak sama Wisła zmienia się na tych kolejnych odcinkach, które pokonujesz?

Kiedy rozmawialiśmy po raz ostatni stwierdziłem, że na odcinku Oświęcim - Kraków ona zwalnia i staje się rzeką szeroką, meandrującą, taką rzeką z moich wyobrażeń. Pomimo że przeszedłem dopiero 400 kilometrów i jest to jedna trzecia zaplanowanego marszu, to już teraz mogę przyznać, że ta wyprawa całkowicie przerosła moje oczekiwania i sama rzeka także. Za tym mocno uregulowanym odcinkiem, za Krakowem, Wisła pokazuje takie swoje książkowe oblicze. Jest pełna tych piaszczystych brzegów, plaż, łach, na których ludzie czasem znajdują naprawdę niesamowite skarby. Takie osoby także spotkałem w trakcie marszu. Są to też - szczególnie tu w okolicy Sandomierza - brzegi trochę wyższe, podmywane przez tę rzekę. Obserwuję olbrzymią ilość ptaków. Jest trochę gorzej z ssakami. Ponoć bardzo łatwo można zobaczyć nad Wisłą bobra, ale mnie się ta sztuka jeszcze nie udała. Im dalej na północ idę, tym Wisła robi na mnie coraz większe wrażenie swoją dzikością. Wiem, że to będzie się zmieniać na poszczególnych etapach mojego marszu, ale teraz jestem zachwycony tą rzeką. Oczywiście co człowiek, to opinia. Spotykam na swojej drodze osoby, które potwierdzają zdanie o Wiśle, że jest to jedna z ostatnich dzikich rzek Europy, ale też i takie, które twierdzą, że nie ma w Wiśle kilometra rzeki, który nie byłby tknięty ręką człowieka. Niemniej jednak dotychczas ta Wisła, która dała mi się poznać, zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. A sam Sandomierz? To miasto, o którym wiele osób mówiło mi, że jest piękne i żadna z nich się nie myliła. Nigdy nie byłem tutaj wcześniej, każdy dzień to jest odkrywanie czegoś nowego. Wczoraj wieczorem dotarłem do Sandomierza, rano miałem okazję popłynąć w krótki rejs o wschodzie Słońca drewnianą łodzią - dubasem, czyli jedną z nielicznych, jeśli nie jedyną, tego rodzaju łodzią na świecie. Mogłem porównać to jak wygląda Wisła z perspektywy Sandomierza, a jak samo miasto z perspektywy Wisły.

A jak czujesz się fizycznie? Czy - tak jak przewidywałeś w Krakowie - po jego minięciu i pokonaniu kolejnych kilometrów udało Ci się złapać już taki typowy wyprawowy rytm wędrówki?

Na pewno dużo łatwiej było mi wyczuć ten wyprawowy rytm i układać każdy dzień w sposób rutynowy, bo od Krakowa nie towarzyszyła mi Alina Kondrat, więc było dużo mniej pracy jeśli chodzi o materiały fotograficzne i filmowe. To był ten czas, kiedy ten rytm rzeczywiście mogłem złapać. Każdy kolejny dzień pozwalał mi na przejście dodatkowej liczby kilometrów. Najkrótszym odcinkiem był ten z Krakowa do Niepołomic, natomiast kolejne dni to było 35, 36, 39 kilometrów, które udało mi się przejść. To zmęczenie nadal jest i wiem, że będzie ze mną już do końca, ale nie jest to zmęczenie na tyle duże, by nie pozwalało mi się cieszyć z tej wędrówki.

Kolejna bariera kilometrów została złamana.

Dokładnie po 14 dniach marszu i 16 dniach wyprawy mam za sobą 400 kilometrów. Do ujścia Wisły w Bałtyku pozostało mi kolejnych 800, a zatem jedna trzecia drogi już za mną.

Jak zapowiadają się kolejne dni? Na kiedy zaplanowałeś kolejny dzień odpoczynku?

Najbliższy taki dzień zaplanowałem w Kazimierzu Dolnym i jeszcze nie podjąłem decyzji, czy na pewno tak się stanie, ale to kolejne - oprócz Sandomierza - miasto chwalone przez wielu ludzi i opisywane jako takie, które trzeba koniecznie nad Wisłą zobaczyć. Wydaje mi się, że ulegnę tej pokusie i skuszę się na jeden dzień odpoczynku w Kazimierzu.

Kiedy powinieneś tam dotrzeć?

Myślę, że zajmie mi to około 4 dni. To około 96 kilometrów marszu.

Specjalista od długich wędrówek

Mateusz Waligóra teraz idzie przez całą Polskę, ale w ostatnich latach specjalizował się w wyczynowych wyprawach w najbardziej odludne miejsca planety. Na koncie ma rowerowy trawers najdłuższego pasma górskiego świata - Andów, samotny rowerowy przejazd najtrudniejszą drogą wytyczoną na Ziemi - Canning Stock Route w Australii Zachodniej, samotny pieszy trawers największej solnej pustyni świata - Salar de Uyuni w Boliwii oraz pierwsze samotne przejście mongolskiej części pustyni Gobi.

W wędrówkę wzdłuż najdłuższej polskiej rzeki wyruszył na początku września z trójstyku granic Polski, Czech i Słowacji. Jednym z celów wyprawy jest rekonesans, który pozwoli wytyczyć Szlak Wisły, łączący południe Polski z północą. Byłby to pierwszy długodystansowy polski szlak pieszy od gór do morza.

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

Michał Rodak