Kolej linowa na Kasprowy Wierch kończy 80 lat

Wtorek, 15 marca 2016 (17:15)

Sto lat! Sto lat! Choć w tym przypadku to mogą być zbyt skromne życzenia - kolej linowa na Kasprowy Wierch właśnie kończy 80 lat. Przez ten czas przewiozła blisko 45 milionów pasażerów. Po linach pokonała ponad cztery miliony kilometrów. To mniej więcej tak, jakby jej wagoniki okrążyły Ziemię przeszło 100 razy.

Kolej linowa na Kasprowy Wierch, kiedy ją budowano, była ewenementem na skalę światową. To była szósta tego typu kolejka na świecie i trzecia co to długości - mówi dyrektor techniczny Polskich Kolei Linowych Paweł Murzyn.

Przez te 80 lat powstało wiele bardziej imponujących, podniebnych kolejek, ale w Polsce nadal jest numerem jeden. Wciąż jest jedyną kolejką kabinową o ruchu wahadłowym w naszym kraju. Podzielona na dwa odcinki o łącznej długości prawie 4300 metrów, jest też najdłuższą i wyjeżdżając 936 metrów w górę pokonuje największą różnice wzniesień. Jedzie też najwyżej nad ziemią - nawet 180 metrów i ma najwyższą podporę o wysokości 35 metrów. Ma też tytuł, którego już nigdy nie starci - jest najstarszą i z pewnością najbardziej rozpoznawalną kolejką linową w naszym kraju. Chyba żadna inna nie wzbudza w Polakach tak wielkich emocji, o czym można było się przekonać podczas jej prywatyzacji.

80 lat temu była ewenementem nie tylko ze względu na parametry techniczne, ale także na tempo budowy. Inwestycja trwała 227 dni, czyli nieco ponad 7 miesięcy i to mimo trudności technicznych, które pojawiły się podczas prac budowlanych. Nie wszystkim ta inwestycja jednak się podobała. Działacze ochrony przyrody, m.in. Państwowa Rada Ochrony Przyrody, ale też 94 towarzystwa i instytucje naukowe i turystyczne przeciwne były tej budowie. W odpowiedzi na rozpoczęcie budowy kolei i równoczesnego łamania obowiązującego wtedy prawa do dymisji podała się cała ówczesna Państwowa Rada Ochrony Przyrody wraz z przewodniczącym Komitetu Ochrony Przyrody w Krakowie – prof. Władysławem Szaferem. Podobne protesty wywołały projekty modernizacji kolejki w roku 2007. Obrońcy przyrody przykuwali się nawet do podpór i lin kolejki.

Mimo protestów, kolejka powstała i do dziś składa się z dwóch niezależnych od siebie odcinków: z Kuźnic na Myślenickie Turnie, z Myślenickich Turni na Kasprowy Wierch. Na każdym odcinku na jednej linie zawieszone były dwa wagoniki – jeden poruszający się do góry, a drugi na dół. Górny odcinek jest nieco dłuższy i ma większe przewyższenie. Najdłuższy odcinek "wolnej" liny, gdzie nie ma żadnych podpór, znajduje się jednak poniżej Myślenickich Turni. Ma blisko kilometr długości. W 2007 roku kolejka przeszła pełną modernizację - wymieniono wagoniki, podpory, napęd i liny. Na każdym odcinku zamiast dwóch lin nośnych zamontowano cztery.

Obecne wagoniki są czwartymi jeżdżącymi na tej trasie. Są niemal dwa razy większe od poprzednich. Mieszczą 60 osób. Co ciekawe, sam wagonik waży ponad pięć ton, a z pełnym obciążeniem dziesięć ton. Taki ciężar mknie do góry z prędkością prawie 8 metrów na sekundę.

O tym, jak ważna jest ta kolejka dla Polaków, przekonaliśmy się kilka lat temu, kiedy Polskie Koleje Państwowe, które były jej właścicielem postanowiły ją sprzedać, czyli sprywatyzować. Właściwie prywatyzowano całe przedsiębiorstwo Polskie Koleje Linowe, które posiadało wiele innych kolejek, ale mówiło się tylko o tej jednej. Na wieść o tym, że chętni do kupienia są Słowacy, rozpoczęły się protesty. W końcu kupiło konsorcjum złożone z podhalańskich samorządów i funduszu Mid Europa Partners, które założyło spółkę zarządzającą kolejkami w Luksemburgu. To także wywołało protesty ówczesnej opozycji, a dzisiejszych rządzących, którzy już zapowiedzieli, że będą starać się unieważnić prywatyzację.

Jedno jest pewne: jeśli ktoś w Polsce nie jechał kolejką na Kasprowy, to z pewnością o niej słyszał.

(mpw)

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

Maciej Pałahicki