Katastrofa pod Pszczyną: Śmigłowiec był nowy, wylatał zaledwie 40 godzin

Wtorek, 23 lutego (15:12)
Aktualizacja: Wtorek, 23 lutego (18:49)

"Wygląda na to, że ten helikopter przeleciał za lądowisko" - tak katastrofę śmigłowca w Studzienicach pod Pszczyną, w której zginął przedsiębiorca Karol Kania i pilot, opisuje w rozmowie z RMF FM Jacek Bogatko z Państwowej Komisji Badania Wypadków. "Więcej na temat wypadku dowiemy się po dokładnym zbadaniu sprawy. Ustaliliśmy natomiast już kilka szczegółów dotyczących samej maszyny" - dodaje. Śmigłowiec był nowy, wylatał zaledwie 40 godzin. Za sterami siedział doświadczony pilot. Wcześniej pracował w wojsku.

Nie żyją dwie osoby: Karol Kania i pilot śmigłowca

Milioner Karol Kania i pilot zginęli w katastrofie lotniczej, do której doszło około północy w Studzienicach pod Pszczyną w województwie śląskim. W lesie rozbił się helikopter z czterema osobami na pokładzie. 

80-letni Karol Kania był założycielem i właścicielem firmy "Karol Kania i Synowie". To jedno z największych przedsiębiorstw produkujących podłoża do uprawy pieczarek.

"Przyszło nam się zmierzyć z niezwykle trudnym doświadczeniem, jakim jest nagła i nieoczekiwana śmierć bliskiej nam osoby. Człowieka, bez którego firma Karol Kania i Synowie nigdy by nie powstała. W rozmowach Szef Karol często podkreślał, że wszystko zaczęło się od symbolicznej, pierwszej pieczarki, która wyrosła w domowym zaciszu. Ten niewielki sukces wkrótce dał początek wielkiemu przedsięwzięciu, jakim obecnie jest stworzona przez niego i rozwijana przez rodzinę Kania firma" - czytamy w oświadczeniu opublikowanym na stronie firmy "Karol Kania i Synowie".



Dwójka kolejnych pasażerów śmigłowca natomiast zdołała wydostać się z wraku o własnych siłach. Wojewódzkie Pogotowie Ratunkowe w Katowicach poinformowało, że ranni trafili do szpitali w Katowicach-Ochojcu i Bielsku-Białej.

Helikopter był zupełnie nowy

Śmigłowiec był zupełnie nową maszyną. Wyprodukowano ją zaledwie w grudniu ubiegłego roku, a zarejestrowano na początku stycznia. W powietrzu helikopter wylatał około 40 godzin. Ubiegłej nocy leciał do Pszczyny z województwa opolskiego. 

Pilot, który siedział za sterami, był doświadczony. Dla właściciela maszyny latał od kilkunastu lat, wcześniej był pilotem wojskowym. Wiadomo, że przed upadkiem maszyna zahaczyła o drzewa - część z nich została ścięta.

Wypadek wydarzył się trochę za lądowiskiem, około 300 metrów. Raczej wygląda na to, że helikopter przeleciał za lądowisko - powiedział Jacek Bogatko z Państwowej Komisji Badania Wypadków reporterowi RMF FM Marcinowi Buczkowi. 

Dopiero, jak zakończymy badanie, będziemy wiedzieli, co się działo. Mamy zdjęte rejestratory, wiele informacji uzyskamy także po analizie zapisów ścieżki lotu, pracy silników itd. - dodał Bogatko. 

W niezwykle trudnej akcji pomogli mieszkańcy

Nocna akcja ratowników była niezwykle trudna. Oficer prasowy pszczyńskiej straży pożarnej młodszy brygadier Mateusz Caputa poinformował, że zgłoszenie o wypadku napłynęło od okolicznych mieszkańców. 

Mieszkańcy pomogli strażakom w lokalizacji wraku i tych osób, które udało się z niego wydostać - powiedział Radosław Radkowski, wiceszef Straży Pożarnej w Pszczynie. Nasz rozmówca przyznał, że wrak bardzo trudno było odnaleźć ze względu m.in. na gęstą mgłę. 

Było trudno ze względu na porę nocną i brak konkretnej lokalizacji miejsca zdarzenia - dodał Radkowski. 

Prokuratura w Pszczynie jeszcze dziś planuje formalne rozpoczęcie śledztwa dotyczącego wypadku śmigłowca. Obecnie miejsca katastrofy pilnuje policja. Leżący w lesie wrak natomiast badają specjaliści.


Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

Marcin Buczek

Katarzyna Wójcik