Cisza, która zapadła nad Lubelszczyzną w nocy 30 lipca, była złowieszcza. W chwili, gdy rosyjska rakieta Ch-101 przekroczyła polską granicę i uderzyła w pole w Tarnawie-Kolonii, system ostrzegania ludności praktycznie nie zadziałał. Z 17 powiatów województwa lubelskiego aż 10 nie uruchomiło syren alarmowych, mimo że procedury nakazywały natychmiastowe działanie.
Jak ustaliła Wirtualna Polska, w powiecie biłgorajskim, gdzie doszło do eksplozji, polecenie włączenia syren dotarło... cztery minuty po wybuchu. W innych powiatach dyżurni nie zdążyli dojechać do urzędów, nie słyszeli SMS-ów lub czekali na zgodę przełożonych. Efekt? Mieszkańcy dowiadywali się o zagrożeniu dopiero rano, z mediów.
Procedura, która nie wytrzymała próby
System ostrzegania opiera się na prostym schemacie: wojsko informuje wojewodę, żeby uruchomić nasłuch na specjalnych radiostacjach, wojewoda przekazuje sygnał do powiatowych centrów zarządzania kryzysowego, a te uruchamiają syreny. W teorii – prosto i skutecznie. W praktyce – zawiodło niemal wszystko.
Radiostacje stoją w urzędach, a dyżurni często mieszkają kilkanaście kilometrów dalej. Procedura daje im 15 minut na dojazd. Tej nocy to było za mało. W powiecie tomaszowskim dyżurny nie zdążył dotrzeć na miejsce przed odwołaniem alarmu. W powiecie puławskim urzędnik zwyczajnie nie usłyszał SMS-a, bo spał. W powiecie kraśnickim pracownik zwlekał z decyzją, próbując dodzwonić się do przełożonego.
W powiecie biłgorajskim, gdzie o 3:45 spadła rakieta, informacja o konieczności włączenia syren dotarła do dyżurnego strażaka e-mailem o 3:49 – cztery minuty po wybuchu. Starosta biłgorajski Andrzej Szarlip przyznaje, że na mocy porozumienia ze strażą pożarną, w jego powiecie syreny uruchamiają właśnie strażacy.
Jednak i tak nie było żadnych szans, by ostrzec mieszkańców. SMS z ostrzeżeniem, by prowadzić nasłuch, dotarł do starosty minutę przed eksplozją, a do dyżurnego – dokładnie w momencie wybuchu.
Mieszkańcy Tarnawy-Kolonii, z którymi rozmawiali dziennikarze WP, potwierdzają: żadnych syren tej nocy nie słyszeli. O tym, co się wydarzyło, dowiedzieli się dopiero z porannych wiadomości.
Odpowiedzialność na barkach zmęczonych urzędników
Starostowie powiatów przyznają zgodnie: obecny system jest niewydolny i niesprawiedliwy wobec pracowników. Dyżury pełnią osoby, które na co dzień mają inne obowiązki, często są przemęczone, a odpowiedzialność za bezpieczeństwo tysięcy ludzi spoczywa na barkach jednego człowieka, który w środku nocy musi się obudzić i podjąć decyzję.
Zwykły człowiek ma prawo nie usłyszeć wiadomości, bo niestety jest tym zawodnym ogniwem. I nie może tak być, że w jego rękach spoczywa cała odpowiedzialność. Na szczęście nic się tu nie wydarzyło, ale nie możemy liczyć na szczęście. To musi być uregulowane przepisami odgórnymi. I albo obsługa systemu będzie w rękach wojewody centralnie, albo w straży pożarnej, dlatego że jest tą instytucją, która działa całodobowo – powiedziała w rozmowie z WP starosta puławski Teresa Gutowska.
Podobnie uważa starosta tomaszowski Henryk Karwan. Według niego system zadziała dopiero wtedy, gdy w starostwach pojawią się stałe dyżury - na miejscu, a nie czuwanie z domu. Potrzebne są też dodatkowe etaty i pieniądze.
Ekspert: Polska nie jest gotowa na wojnę
Dr Michał Piekarski, ekspert ds. bezpieczeństwa z Uniwersytetu Wrocławskiego, w rozmowie z WP nie zostawia na systemie suchej nitki.
Przykłady, że urzędnik spał albo miał daleko do urzędu, brzmią po prostu absurdalnie w kontekście województwa, które jest na wschodzie Polski, gdzie mieliśmy już szereg incydentów związanych z wlotem czegoś w naszą przestrzeń powietrzną, gdzie mamy szereg innych incydentów, które mogą się wydarzyć: podpalenie czy akty sabotażu – komentuje.
System jest ewidentnie niewydolny. Oczywiście łatwo jest powiedzieć, że w tym momencie są powiatowe centra zarządzania kryzysowego i tam powinien ktoś pełnić dyżur. Ale kto zapłaci za utrzymywanie tego personelu? Siłą rzeczy być może należałoby dorzucić samorządom pieniądze na to, żeby na przykład przynajmniej na szczeblu powiatowym ktoś pełnił 24-godzinne dyżury. To oznacza oczywiście, że nie chodzi o jeden etat, ale co najmniej 4-5 w skali powiatu - wskazuje dr Piekarski.
Wojewoda zapowiada zmiany. Czy to wystarczy?
Wojewoda lubelski Krzysztof Komorski już zapowiedział rewolucję w systemie przekazywania informacji. Docelowo wojewoda ma mieć możliwość uruchomienia wszystkich syren jednym poleceniem. Zdalnie. Problem w tym, że z 364 syren w regionie tylko 164 da się uruchomić na odległość. Do pozostałych 200 ktoś musi fizycznie dojechać.
Trwa przetarg na 200 nowych syren. W marcu wojewoda zapowiadał zakup 440 syren, ale nie znalazła się firma zdolna zrealizować tak duże zlecenie. Na razie więc obowiązuje stara procedura: człowiek, telefon w środku nocy i 15 minut na dojazd.
Noc rosyjskiego ataku obnażyła wszystkie słabości polskiego systemu ostrzegania. Syreny są tylko jednym z elementów, które nie działają tak, jak powinny.
Na drony jesteśmy dziurawi, na rakiety jesteśmy dziurawi. Syreny są elementem tego systemu ochrony ludności i to też nie działa – podsumowuje gorzko starosta tomaszowski.