Polska ma problem z odpadami. Wie o tym każdy, kto ostatnimi czasy przeszedł się do lasu, albo mijał pergolę z koszami. Zniesiona w 2019r. regionalizacja (odpady musiały być zagospodarowywane w obrębie regionu) tylko popsuła rynek. Odczuły to zwłaszcza gospodarstwa domowe, do których z roku na rok przychodzą coraz wyższe rachunki. Opłaty za wywóz śmieci rosną z roku na rok.

Jest źle, ale niedługo może być jeszcze gorzej. Polska implementuje właśnie przepisy unijne, które nakładają na państwa członkowskie skuteczniejszą selektywną zbiórkę butelek z tworzyw sztucznych.

 Selektywna, czyli taka, jaką w teorii mamy obecnie w altankach odpadowych. Kilka lat temu były 2-3 takie same kosze. Potem pojawiło się pięć, oznaczonych: papier, plastik-metal, szkło, bio i zmieszane.

Zmieszane w teorii powinny stanowić pozostałość po segregacji, czyli jak czegoś nie da się wrzucić do czterech pierwszych, to trafia do ostatniego. W praktyce, mniej więcej 70% odpadów komunalnych w Polsce trafia do kosza na zmieszane. Odpady w zbiorniku "zmieszane" i tak muszą być posegregowane w sortowni, a materiał, którego nie da się poddać recyklingowi trafia do spalarni (RDF), albo na składowiska.

Segregacja odpadów. Polacy mają z tym problem

A zatem, jakie mamy perspektywy na wypełnienie wymogów unijnych? Jeżeli nic nie zmienimy, to żadne. Obecnie zbieramy selektywnie około 26% odpadów komunalnych. W 2025 r. mamy zbierać 55%, a w 2030 r. 60%. Prawie dwa i pół razy więcej, a mamy na to całe 9 lat.

Warto jeszcze zaznaczyć, że szczególną uwagę będzie trzeba poświęcić tworzywom sztucznym. Dla tej frakcji, minima są jeszcze wyższe. W 2030r. aż 90% butelek jednorazowych z plastiku, które zostaną objęte wymogiem, będzie musiała zostać zebrana selektywnie, a 30% surowca do produkcji nowych butelek będzie musiało pochodzić z recyklingu. Ile zbieramy obecnie? Nie wiadomo. Boję się szacować.

Ktoś zapyta w tym momencie, czy w takim razie Polacy aż tak potwornie śmiecą, że nie możemy sobie z tym poradzić? Czy politycy w ogóle wiedzą o tym, że mamy problem? Odpowiedzi na te pytania mogą zaskoczyć.

Czy Polacy śmiecą bardziej niż inni w UE?

Otóż wcale nie śmiecimy dużo! Spośród krajów Unii, Polska produkuje w zasadzie najmniej odpadów komunalnych, bo 338 kg na głowę. Mniej od nas śmiecą jedynie Rumuni. Średnia unijna to prawie 500 kg, a jakże przecież ekologiczni Duńczycy co roku wyrzucą 844 kg odpadów komunalnych. Mało tego, przez ostatnie 15 lat produkujemy na głowę jedynie 17 kg odpadów więcej.

Selektywna zbiórka, to szansa dla Polski

Na drugie pytanie, czy politycy zdają sobie sprawę z sytuacji, również należy odpowiedzieć twierdząco. W rządowych strategiach jest napisane wyraźnie, że Gospodarka Obiegu Zamkniętego, której elementem jest selektywna zbiórka, to szansa dla Polski. Mało tego, istnieje przecież Krajowy plan gospodarki odpadami. Jego lektura jest jednak poważnie dołująca. Czytamy w nim bowiem, że Polska tak naprawdę nawet nie ma infrastruktury, by móc spełnić minima unijne. Braki są tak naprawdę w każdej frakcji.

Koszty rozbudowy, zgodnie z analizą MKiŚ to mniej więcej 19 mld zł do 2029 r. oraz dalszych 7 mld do 2034 r. Kwoty te nie uwzględniają budowy infrastruktury do recyklingu odpadów wielomateriałowych i spalarni. Gdyby uwzględniały, byłyby znacznie wyższe.

Unijne dotacje

Skąd Polska ma wziąć te pieniądze? Jak zwykle liczymy na Unię, w końcu skoro wymaga, to powinna też pomóc. Pozyskanie funduszy jednak nie jest takie proste. Najpierw trzeba pokazać wkład własny czyli 20-25% wartości inwestycji. Oznacza to, że samorządy będą musiały położyć na stole 5-6 mld zł. Jeżeli będziemy chcieli przy okazji postawić spalarnie, to dwa razy więcej. Pieniądze spore, a zaznaczam, JST, poza podatkami nie ma w zasadzie jak pozyskać finansowania. Mogą wyemitować obligacje za pośrednictwem Catalyst i tyle. Nawet to nie jest zresztą proste, z uwagi na procedury.

Inwestycje realizowane z pieniędzy UE muszą także być trwałe. To logiczne, nikt, nawet Unia, nie chce lokować milionów w coś, co podziała pół roku i koniec. Jeżeli brane są dotacje, to inwestycja musi działać przynajmniej przez 5 lat od ostatniego przelewu. Mało tego, inwestycje w infrastrukturę lub zdolności produkcyjne nie mogą zostać przeniesione poza Unię przez następne 10 lat. Niespełnienie tych wymogów oznacza konieczność zwrotu dotacji.

Powtórzmy: jeżeli Polska wybuduje za pieniądze Unii infrastrukturę, która następnie zbyt szybko zamknie działalność, będzie musiała oddać jakieś 20 miliardów złotych. Niech czytelnicy sami się zastanowią, jakie to będzie miało skutki dla samorządów.  

Ktoś powie jednak, że rozważania o trwałości są dość abstrakcyjne, bo przecież jak już zbudujemy , co trzeba, to będzie to działać, skoro mamy takie, a nie inne potrzeby. Niestety, są całkiem realne. Za rogiem czai się bowiem Prawo Zamówień Publicznych.

Kto będzie zarządzał odpadami?

Dlaczego to zła wiadomość? Ano dlatego, że systemy Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta oraz kaucyjny, ogółem cała selektywna zbiórka, będzie musiała być przez kogoś zarządzana. Nad tym nie ma się nawet co zastanawiać. Wolną amerykankę mamy obecnie.

Przypomnijmy 70% udział frakcji zmieszanej. Operator systemu może być albo publiczny, albo prywatny (ale non-profit). Jeżeli będzie publiczny, to wszystkie kontrakty, które będzie zawierał z punktami zagospodarowania odpadów (np. z  zakładem recyklingu stłuczki szklanej) bazują na Prawie Zamówień Publicznych, z wszystkimi jego wadami. Należą do nich:

  •          zasada najniższej ceny, która w teorii straciła znaczenie, bowiem przetarg może uwzględniać inne czynniki, jednakże w wypadku ewentualnej kontroli NIK urzędnikowi dużo prościej obronić się, jeżeli wybrał ofertę najtańszą;
  •          krótki czas obowiązywania umów, zwykle w przedziale od kilku miesięcy do jednego roku;
  •          zasada "wszystko albo nic" czyli zwycięzca przetargu bierze wszystko, natomiast nawet on nie może być pewny zwycięstwa w kolejnej rundzie;
  •          konieczność wskazania przez odbiorcę instalacji komunalnej, gdzie zostaną przekazane odpady, co sprowadza się do konkurowania przez te ostatnie ceną.

Co to oznacza? Konkurowanie ceną, czyli poświęcenie jakości recyklingu. Niepewność dla przedsiębiorców. To, że firma wygrała jeden przetarg, nie oznacza, że za pół roku wygra następny. Jak w takim razie planować rozwój, czy zatrudnienie? A po dłuższym czasie bez zleceń, zostanie zamknięta i tu wracamy do efektu trwałości inwestycji.

Jeżeli zakład powstał przy udziale funduszy UE i przestał działać przed upływem 5 lat, dotacja ma być zwrócona Unii. Trzeba też usprawnić proces uzyskiwania decyzji w gospodarce odpadami. Inwestor, który tworzy zakład zbierania odpadów, czy przetwarzania ich na recyklat musi mieć pewność przed rozpoczęciem inwestycji, że będzie mógł prowadzić taką działalność.

System kaucyjny. Na czym polega?

Koordynowanie systemu kaucyjnego przez sektor prywatny (producenci + handel) poprzez powołaną w tym celu organizację non-profit ma tę podstawową zaletę, że kontrakty opierane są o Kodeks Cywilny. Można wtedy podpisać z recyklerem umowę długookresową, można rozdzielić odpady na kilka punktów, słowem zapewnić firmom jakąś stabilizację i pewność, że nie będą musiały za pół roku zwijać interes. Dopuszczenie do głosu producentów i handlu zresztą jest zgodne ze starą polską zasadą: "nic o nas bez nas". Jeżeli wymagamy od producentów odpowiedzialności, a od handlu, że w sklepach postawimy automaty do selektywnej zbiórki butelek, to wypada dać im też decyzyjność.

Pomijając Rozszerzoną Odpowiedzialność Producenta, bo to osobny, aczkolwiek powiązany temat, skupmy się na systemie kaucyjnym. Na czym on polega? Dlaczego w ogóle go potrzebujemy? A jeżeli tak, to jak powinien on wyglądać?

Kaucja, w dużym uproszczeniu, polega na tym, że klient płaci za produkt, ale do ceny doliczana jest jeszcze opłata za opakowanie, która jest mu zwracana, jeżeli odniesie je potem do punktu zbiórki. Liczni czytelnicy mieli już styczność z tym mechanizmem kupując piwo.

Gdzie działa system kaucyjny?

System kaucyjny sprawdził się też w praktyce. Stosuje go wiele państw Europy Północnej i Zachodniej (ale także Chorwaci, czy Litwini). Średnio zwraca się tam 91% opakowań. Bardzo dobry system, zresztą zdecentralizowany i zarządzany wspólnie przez sektory handlu i przemysłu mają Niemcy, którzy osiągnęli wydajność na poziomie 97-99%. Dobry przykład to także Holandia, z efektywnością na poziomie 95%. Ze sprawnym systemem kaucyjnym, Polska bez problemu osiągnie 90% poziom zbiórki jednorazowych opakowań plastikowych.

Skoro już widać, że warto, to zastanówmy się chwilę, jak taki system powinien wyglądać w szczegółach. Odpowiedni projekt jest bardzo ważny, bo najgorsze, co można zrobić, to trzymać się polskiej tradycji: wdrożyć nieprzemyślany system, pełen niedoróbek, wad i błędów, które następnie będą naprawiane latami. Polakom nie można fundować kolejnego e-toll w sektorze odpadowym, bo jednak wypadałoby unijne poziomy osiągnąć. Co zatem trzeba ustalić?

Przede wszystkim, jakie opakowania mają być objęte systemem. Używam w tekście przykładu jednorazowych opakowań plastikowych, bo minima zbiórki są dla nich wyśrubowane. Jeżeli jednak system kaucyjny ma obejmować także inne, to trzeba się nad tym zastanowić, ustalić jakie i następnie trzymać się decyzji.

Drugą kwestią jest wysokość kaucji. Sama kaucja raczej powinna być stała. Wiązanie jej z ceną produktu w opakowaniu ma pewne zalety, ale jednak więcej wad.

Po trzecie, należy zdecydować się na charakter zbiórki. Automatyczna powinna być stosowana, obowiązkowo zresztą, w supermarketach i innych dużych sklepach. Ponieważ takie cacko kosztuje jednak średnio  75- 300 tys. zł w zależności od rozmiaru, to wypada zostawić handlowi decyzję, jaki automat u siebie postawi. Zresztą za maszyny zapłacić powinien operator systemu, dlatego tak ważne jest, aby był on powołany wspólnie przez producentów i handel. To oni poniosą bowiem ciężar finansowy stworzenia całego systemu. Mniejsze sklepy raczej nie zmieszczą u siebie maszyny, ale mogą chcieć uczestniczyć w zbiórce ręcznej i należy im to umożliwić.

Odpady to surowiec

Bardziej dociekliwy czytelnik zapyta w tym momencie: dobrze, ale skoro już zebraliśmy odpady, to co z nimi dalej? Na pewno wypada zostawić uczestnikom systemu dostęp do nich, będą przecież nadal potrzebować opakowań do prowadzenia działalności. Koniecznie trzeba też je wykorzystać w pierwszej kolejności do produkcji na terenie kraju. W nowej strategii unijnej, odpady to surowiec. Polska, jako 38-milionowy kraj będzie ich potrzebować i to w sporej ilości.

Kończąc, wypada poświęcić kilka słów temu, jak psychologicznie przekonać Polaków, by jednak odnosili opakowania do punktów zbiórki, a nie decydowali się na przepadek kaucji. Sama jej wysokość raczej nie będzie wystarczająco odstraszająca. Załóżmy kaucję 20 gr. w produkcie za 4 złote. Wyobraźmy sobie teraz, że jest zimno, pada, my nie mamy samochodu i musimy człapać z opakowaniem do punktu by nie stracić 20 groszy. Ilu z Państwa powie sobie w takiej sytuacji - a, niech stracę? Zapewne wielu. Kluczowe jest zatem wyrobienie nawyku. Jeżeli w głowach Polaków powstanie nawyk - mam puste opakowanie, odnoszę je do zbiórki, wówczas o efektywność systemu nie ma się co martwić.

Groźba utraty kaucji to czynnik penalizujący. Nie można zachęcać jedynie strasząc. Dużą rolę odgrywa motywacja pozytywna, zachęcająca, byśmy nawet w tę niepogodę ruszyli się oddać butelkę. Można, przykładowo, zastosować loterię paragonową, gdzie za oddanie opakowania (albo określonej ich ilości) otrzyma się los, biorący w niej udział. Może to być system nagród społecznych, jakie otrzymują obecnie dawcy krwi, np. zniżki na przejazdy komunikacją publiczną w zamian za oddanie określonej masy odpadów. To drugie rozwiązanie wymaga jednak ścisłej współpracy z JST.

Podsumowując, Polska bez problemu osiągnie wymagane poziomy selektywnej zbiórki. Potrzebuje jednak do tego sprawnego systemu kaucyjnego. Bez niego zostaniemy zasypani lawiną śmieci. Z nim zaś wszyscy zyskamy. Społecznie i gospodarczo.