"Iwona Wieczorek nie była ladacznicą" [PRZEGLĄD PRASY]

Środa, 20 listopada 2013 (23:16)

Wokół tajemniczego zaginięcia gdańszczanki Iwony Wieczorek w ciągu trzech lat narosło mnóstwo legend i plotek. Mówiło się, ze Iwona zadawała się ze starszymi mężczyznami, wiecznie imprezowała i zaginęła na własne życzenie. Z oczernianiem córki nie może się pogodzić jej mama - pisze "Fakt". Zapraszamy na przegląd czwartkowej prasy.

Bolą mnie oszczerstwa na temat Iwonki - wyznaje Iwona Kinda. Nie dość, że nie wiem, co się dzieje z dzieckiem, to jeszcze czytam na jej temat niestworzone historie. Ludzie myślą, ze skoro jest ładną blondynką, to na pewno prostytutka. Ona była dziewczyną pełną życia, lubiła się bawić jak jej rówieśnicy, chodziła na imprezy, ale nie była ladacznicą. Miała poukładane w głowie. Myślała o studiach, na które się dostała - dodaje matka Iwony w rozmowie z "Faktem".

W czwartkowym "Fakcie" znajdziemy także prognozy synoptyków. O białych świętach możemy zapomnieć. Na Boże Narodzenie będzie deszcz i plucha. Śnieg zawita do nas dopiero w styczniu, a siarczysty mróz skuje Polskę w lutym i potrzyma aż do marca! Synoptycy wiedzą, co nas czeka w najbliższych miesiącach - najnowsze prognozy znajdziecie w "Fakcie".

"Dziennik Gazeta Prawna"

Szpitale zwracają pacjentom pieniądze za usługi ponadstandardowe - podaje "Dziennik Gazeta Prawna". W praktyce dotyczy to opłaty np. za znieczulenie podczas porodu, które pobierano choćby w formie cegiełki, czy za zabiegi ortopedyczne lub okulistyczne. Zwroty sięgają nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Schemat jest prosty: pacjenci najpierw zapłacili za łagodzenie bólu czy lepszą soczewkę. Później poskarżyli się do swojego oddziału NFZ. A ten poprosił szpital, by pieniądze zwrócił. Placówki obawiają się funduszu. Bo ten może im wlepić karę finansową czy też zabrać lub zmniejszyć kontrakt. Dlatego placówki płaczą i płacą - pisze "DGP".

W czwartkowym numerze przeczytamy także o podsłuchiwanie rozmów telefonicznych. Rosjanie mają dostęp do rozmów telefonicznych w promieniu kilometra od swojej ambasady - pisze "Dziennik Gazeta Prawna". Przechwytują też transmitowane dane - wynika z informacji "DGP". W tym rejonie znajduje się m.in. Belweder, kancelaria premiera, MON, MSZ i CBA. Informacje trafiają wprost do oficerów rosyjskiego wywiadu.

"Polska Gazeta Codziennie"

Były minister transportu Sławomir Nowak miał na ręku ekskluzywny zegarek, zanim go dostał. Świadczą o tym zdjęcia polityka, na których widać Ulyssesa wartego kilkanaście tysięcy zł - podaje "Polska Gazeta Codziennie".

Były minister transportu Sławomir Nowak znów ma kłopoty z pamięcią? - zastanawiają się dziennikarze "Polska Gazeta Codziennie". Tym razem nie chodzi o to, że zapomniał o zegarku i wpisaniu go do oświadczenia majątkowego. Problem polega na tym, kiedy dokładnie stał się jego właścicielem. Okazuje się bowiem, że wersji jest więcej niż jedna. Według portalu internetowegoTVN24 zegarek Ulysse dla Sławomira Nowaka został zakupiony przez Piotra Wawrzynowicza, byłego członka Platformy Obywatelskiej związanego z byłym ministrem sportu, kojarzonym m.in. z aferą hazardową Mirosławem Drzewieckim, 8 marca 2011 r. Portal powołał się na informacje pochodzące z Prokuratury Generalnej - pisze "PGC".

Okazuje się jednak, że ówczesny minister transportu miał zegarek przynajmniej kilka dni wcześniej - podaje "PGC". Na zdjęciach wykonanych przez fotografów agencji PAP oraz East News 2 i 3 marca 2011 r. wyraźnie widać na ręce Nowaka Ulysse’a wartego – według Prokuratury Okręgowej w Warszawie – ponad 17 tys. zł. - pisze "PGC".

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska