​Góry Pieprzowe, rykowisko i dubas. Mateusz Waligóra przeszedł już 550 km Szlakiem Wisły

Czwartek, 24 września (10:07)

"Nie spodziewałem się tego, że będzie mi dane poznać Wisłę z tak różnych punktów widzenia" - mówi Mateusz Waligóra, który pokonał kolejny etap wędrówki Szlakiem Wisły z południa na północ Polski. Podróżnik ma już za sobą ponad 550 kilometrów i jest blisko połowy dystansu. Podczas wyprawy obserwuje jak zmienia się najdłuższa polska rzeka, jak wygląda życie mieszkańców okolicznych miejscowości, ale też zbiera wskazówki, które mogą pozwolić w wyznaczeniu najdłuższego długodystansowego szlaku w Polsce, łączącego góry z Bałtykiem. Każdy dzień wyprawy przynosi nowe niespodzianki. W rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem opowiada o rejsie dubasem w Sandomierzu, zaskoczeniach w Annopolu, rykowisku, ale też odpoczynku w Kazimierzu Dolnym. Na początku przyszłego tygodnia Waligóra planuje dojść do Warszawy.

Michał Rodak: Gdy ostatnio rozmawialiśmy, byłeś w Sandomierzu. Jak minęły ci ostatnie dni i gdzie dotarłeś?

Mateusz Waligóra: Teraz jestem w Kazimierzu Dolnym i odpoczywam. Te ostatnie dni były dla mnie bardzo intensywne. Nie tylko jeśli chodzi o dystans, który przechodziłem każdego dnia, ale też o spotkania, o wysłuchane historie. Gdy jeszcze byłem w Sandomierzu, opowiadałem ci, że będę spał na jedynej w Polsce łodzi typu dubas i tak też się stało. Noc była dosyć chłodna, ale przetrwaliśmy do rana. Nad ranem, jeszcze przed wschodem Słońca, wypłynęliśmy na Wisłę w mój pierwszy rejs po tej rzece. Bardzo się cieszyłem, że będziemy płynąć, bo to daje zupełnie inną perspektywę tego jak patrzę na nią, ale też jak mogłem zobaczyć Sandomierz z jej pokładu. Jeśli chodzi o pogodę, to przywitała nas gęsta mgła, co miało też swój urok. Dodawało tej Wiśle tajemniczości. Klucząc między kolejnymi ostrogami, musieliśmy bardzo uważnie sterować. Na szczęście byliśmy pod opieką właściciela dubasa Grzegorza Świtalskiego, który zadbał o to, by ten rejs był bezpieczny, a jednocześnie niezapomniany. Co ciekawe, porty w Sandomierzu są dwa. Myślę, że niewiele osób wyobraża sobie Sandomierz jako miasto portowe, a tu się okazało, że jest zupełnie inaczej. Kiedy wracaliśmy już do portu, to mogliśmy zobaczyć Stare Miasto z pokładu dubasa o imieniu "Sandomierka". Zakochałem się w Sandomierzu. Byłem tam po raz pierwszy i już teraz wiem, że będę chciał wrócić i to na pewno nie raz.

Po tym rejsie zacząłem marsz przez Góry Pieprzowe. Tutaj kolejne zaskoczenie, bo ile osób w Polsce zdaje sobie sprawę, że mamy takie góry i można je przejść bardzo szybko. Dla mnie to była kwestia dwóch, trzech godzin i już było po Górach Pieprzowych. To są takie niewybitne wzniesienia, natomiast kiedy zobaczyłem zdjęcia, które zrobiła tam dronem Alina Kondrat, to Wisła przepływając przez te góry wygląda po prostu spektakularnie. Tego samego dnia doszedłem do Zawichostu, a w zasadzie tuż za Zawichost. To był świetny wieczór. Byliśmy tam razem z Aliną i Dominikiem Szczepańskim. Rozpaliliśmy ognisko. Trwa rykowisko, więc było dosyć głośno. Do końca nie mogliśmy być pewni czy ktoś nie złoży nam wizyty w środku nocy. Na szczęście ten byk nie podszedł do nas. Pewnie po prostu wystraszył się ognia.

Kolejnego dnia czekał mnie naprawdę krótki dystans. Byliśmy umówieni w Annopolu. Kiedy ktokolwiek mnie zapyta z czym kojarzy mi się to miasto albo jak je zapamiętam, to przede wszystkim z gościnnością. W Annopolu już od dawna byliśmy umówieni na wizytę z przedstawicielami miasta oraz z panem Zdzisławem Romańskim, który od wielu lat wytyczał szlaki na Wiśle, pływa też po niej od wielu lat. On podzielił się z nami swoimi spostrzeżeniami na temat tego jak obecnie wygląda Wisła. Byliśmy wstępnie umówieni, że wypłyniemy na jednej z jego łódek na rzekę, ale pan Zdzisław stwierdził, że stan wody jest zbyt niski i byłoby to po prostu zbyt ryzykowne. Jak sam powiedział - już dawno nie widział tak niskiego stanu wody, co pozostaje mi tylko potwierdzić. Resztę dnia poświęciliśmy na odpoczynek, poznanie historii Annopola i wyjątkowego mostu, który jeszcze kilkanaście lat temu był jednym z najdłuższych mostów nie tylko przez Wisłę, ale w ogóle najdłuższych w Polsce. Tutaj po raz kolejny zobaczyłem, jak może się zmienić postrzeganie jakiegoś miejsca, jeśli zmienimy swoją perspektywę. Kiedy szedłem po tym moście, to on nie wydawał mi się w żaden sposób nadzwyczajny, a bardzo ruchliwy. Było bardzo dużo ciężarówek. W zasadzie zależało mi na tym, aby go przejść jak najszybciej, ale w tym czasie Alina znów kręciła film dronem i kiedy zobaczyłem te ujęcia, to Wisła z tymi wielkimi łachami piachu wygląda jak jakieś miejsce z kosmosu, a już na pewno jak wiele pustyń, które już przechodziłem w swoim życiu.

Z Annopola droga prowadziła mnie już w stronę Kazimierza. Niedaleko znajduje się Słupia Nadbrzeżna. Tam z kolei odwiedziliśmy jedną z największych plantacji lawendy w Polsce. Osoby, które prowadzą te uprawy, to rodzina lekarzy pracujących obecnie nad formułą olejków eterycznych, ale też substancji, które po badaniach mają być wykorzystywane do szybkiego zaleczenia ran. To było naprawdę fascynujące. Choć ciężko było mi zrozumieć, jak przebiega cały proces, to jednak wyniki tych badań pokazują, że to może być naprawdę coś przełomowego w kwestii leczenia ran pooparzeniowych. Nie wiedzieliśmy, że takie miejsce w Polsce istnieje. Zaproszono nas, gdy byliśmy przed Annopolem. Tego dnia rozstałem się z Aliną i Dominikiem. Kolejnego dnia, po wcześniejszym biwaku w okolicach Solca nad Wisłą, przeszedłem na prawy brzeg rzeki i po całym dniu marszu, czyli pokonaniu około 32 kilometrów, dotarłem do Kazimierza Dolnego.

Jak się czułeś po tym kolejnym etapie wędrówki?

Czułem olbrzymią potrzebę wyciszenia i spokoju. Ta liczba spotkań, osób, które mnie rozpoznają po drodze, odzew osób śledzących tę wyprawę i chcących mi towarzyszyć w trasie jest rzeczą wspaniałą, ale bywa też przytłaczającą. Potrzebowałem tego, by pobyć sam ze sobą. Wyciszyć się przez jeden cały dzień, nie iść, odpocząć od samej rzeki. Pomimo że nad tę rzekę wróciłem, to znowu zmieniłem perspektywę. Razem z Bartkiem Kalitą - przewodnikiem tatrzańskim i pszczelarzem amatorem, który rozwija swoją pasję - wypłynęliśmy na kanał na kanadyjce. Minęliśmy po drodze Mięćmierz, wspaniałe ruiny zamku w Janowcu, a następnie mogliśmy zobaczyć, jak wygląda Kazimierz znów znad tafli rzeki. Ja wiem, że powtarzam to dosyć często, ale zobaczyłem miejsce, które swoją urodą trochę przerastało moje oczekiwania. To był dla mnie ważny dzień. Przekonałem się, że stan wody w Wiśle jest obecnie dosyć niski. Czasem ta woda sięgała nam do kostek i musieliśmy tę kanadyjkę przepychać, ale czasem było też tak, że byliśmy w stanie zanurzyć całe pióro, całe to wiosło, którym się wiosłuje na kanadyjce i woda mogła mieć nawet półtora metra głębokości. Czuję, że wypocząłem. Zebrałem siły, trochę oczyściłem swoją głowę. Takie kryzysy w trakcie długich podróży pieszych są rzeczą naturalną i to, co najlepsze możemy wtedy dla siebie zrobić, to zrobić sobie dzień przerwy. Czuje się już gotowy na to, by przez kolejne dni przez Puławy, Dęblin, Górę Kalwarię dotrzeć do Warszawy, gdzie planuję być w okolicach poniedziałkowego wieczoru. 

Z twojej opowieści wynika, że każdy kolejny dzień staje się powoli coraz bardziej intensywny, ale też te dni są bardzo mocno zróżnicowane.

Nie spodziewałem się tego, że będzie mi dane poznać Wisłę z tak różnych punktów widzenia. To perspektywa ludzi, którzy wędkują w niej i którzy nad nią wypoczywają albo prowadzą ośrodki wypoczynkowe. To też ludzie, którzy prowadzą różnego rodzaju hodowle albo uprawy, które są ściśle związane z Wisłą. To osoby, które hodują nad Wisłą swoje pszczoły... Właśnie to chyba w najlepszy sposób pokazuje w jak wielu aspektach ta rzeka wpływa na życie ludzi, którzy nad nią mieszkają, ale też życie wszystkich Polaków, bo niezmiennie twierdzę, że ona łączy nas wszystkich i to nawet jeśli mieszkamy w zachodniej Polsce, ale czasem jeździmy na wakacje nad morze.

Ile kilometrów teraz jest już za tobą?

Około 550 kilometrów. Zbliżam się do półmetka wyprawy. W poniedziałek wieczorem powinienem dojść do Warszawy. Planowałem być tam jeden dzień i będzie mi zależało, by utrzymać w ryzach ten marsz i nie rozwlekać go aż tak bardzo. W Warszawie jednak też jest wiele osób, wiele historii i wiele zaproszeń, które dostałem. 

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

Michał Rodak

Adam Zygiel