Eksperci: Likwidacja testu szóstoklasisty i egzaminu gimnazjalnego byłaby krokiem wstecz

Wtorek, 3 listopada 2015 (17:38)

Brak zewnętrznych egzaminów co kilka lat nauki – to byłby krok wstecz! Tak formułowane przez polityków PiS propozycje zniesienia sprawdzianów na koniec podstawówki i gimnazjum oceniają w rozmowie z RMF FM eksperci Instytutu Badań Edukacyjnych. „To tak, jakby lekarz zrezygnował z termometru, bo rtęć jest szkodliwa!” – mówi dr hab. Roman Dolata.

Dolata proponuje, by szukać możliwości poprawy testów, a nie z nich rezygnować. Bez egzaminów po kilku latach nauki nie będziemy wiedzieć na przykład o skuteczności nauczania w szkołach podstawowych i na dalszych etapach kształcenia - tłumaczy.

Egzaminy zewnętrzne wspólne dla szkół w całej Polsce są przeprowadzane od 2002 roku. Zdawali je uczniowie ostatnich klas gimnazjów i podstawówek. Nowy rząd proponuje radykalną zmianę - planuje zniesienie gimnazjów i pozostawienie jedynie egzaminu maturalnego. Szykowany jest też powrót tradycyjnych egzaminów na studia. Od kilku lat o przyjęciu do szkół wyższych decydowało świadectwo na koniec liceum czy technikum. Dawny system zniesiono, bo egzaminy były nieprzejrzyste, niesprawiedliwe i korupcjogenne - przypomina dr Michał Sitek, wicedyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych.

Obecne egzaminy egzekwują realizację podstawy programowej, ale dają też większą autonomię nauczycielom w realizacji programu. Wcześniejsze egzaminy nie dawały żadnej informacji zwrotnej - podkreśla dr Sitek.

Rezultaty poszczególnych szkół czy regionów można znaleźć w porównywarce wyników egzaminacyjnych, na stronie http://pwe.ibe.edu.pl/. Można tam na przykład zauważyć coraz lepsze wyniki z egzaminu maturalnego z angielskiego. Jednak jak przyznaje Dolata, nie zawsze wyniki testów są porównywalne między różnymi latami. 30-procentowy próg dobrych odpowiedzi na egzaminie maturalnym z chemii w 2003 roku jest nieprzystający do 30 procent dobrych odpowiedzi na egzaminie z chemii w 2007 roku.

Uczenie "pod testy"

Plusami obecnych testów jest to, że z założenia są one sprawiedliwe. Te same arkusze  rozwiązują uczniowie w małym miasteczku i w wielkim mieście, na Pomorzu i na Podkarpaciu. Egzaminy na koniec szkół tworzy sztab ekspertów; inni specjaliści analizują wyniki. Te są wskazówką zarówno dla szkół, nauczycieli, jak i całej polityki edukacyjnej.

Dużym minusem obecnej sytuacji jest fakt, że egzaminy zawężają program nauczania, bo lekcje to ćwiczenia "pod testy". Osłabiają też poczucie satysfakcji zawodowej nauczycieli. Wnioski z testów najczęściej wyciąga się w celu tworzenia rankingów.

Jak zauważa dr Sitek, egzaminy w Polsce się poprawiają i dają coraz większe możliwości. Mierzą co prawda tylko część tego, czego wymagamy od uczniów, a to sprawia, że nauczyciele poświęcają pracę na lekcjach temu, co jest wymagane na egzaminie. Na przykład umiejętność mówienia na lekcjach angielskiego sprawdza się dopiero na egzaminie maturalnym. W związku z tym, część nauczycieli podświadomie lub nie, skupia się we wcześniejszych latach na szlifowaniu pisania - tłumaczy ekspert.

Dwa bieguny

W Stanach Zjednoczonych, gdzie spore egzaminy przeprowadza się co roku, testy są sprawdzianem nie tyle ucznia, co nauczyciela. Ale są też takie kraje jak Finlandia, gdzie jest tylko jeden obligatoryjny test na koniec szkoły. To odpowiednik dawnej polskiej matury.

Nie można mówić o samych korzyściach z egzaminów - podsumowuje dr Dolata i dodaje, że to egzaminowanie jest tylko narzędziem. Obecny system w Polsce to taki rachityczny samochód, ale można nim już bardzo daleko zajechać. Rzadko się psuje i na razie ma przestrzeń rozwoju - wyjaśnia.

(mn)

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska