Dyrekcja obcina ratownikom dodatki do pensji. Mieszkańcy Wągrowca mogą zostać bez opieki pogotowia

Środa, 18 kwietnia 2018 (19:33)

Mieszkańcy Wągrowca w Wielkopolsce mogą zostać bez opieki pogotowia ratunkowego. Dyrekcja szpitala obcięła ratownikom dotychczasowe dodatki do pensji: z 700 złotych zostało im średnio niewiele ponad dwieście. Obniżka tłumaczona jest oszczędnościami, ratownicy grożą odejściem z pracy. Sprawą

Wągrowiec. Niewielkie miasto oddalone niecałe 60 km od stolicy Wielkopolski. Pogotowie ratunkowe przy tutejszym szpitalu "obsługuje" cały powiat. Łącznie to około 74 tys. mieszkańców. Niewykluczone, że niebawem cały ten obszar zostanie pozbawiony opieki zespołów ratownictwa medycznego. Do pacjentów mogą też nie wyjechać zespoły transportowe. Sprawę na ostrzu noża postanowili postawić ich pracownicy - ratownicy, kierowcy i sanitariusze. Powód? Nowe zasady wypłacania dodatków do pensji, które zaowocowały tym, że medycy zarabiają o kilkaset złotych mniej. Mimo że ogólnopolskim protestem wywalczyli niewielkie podwyżki.

Walczą o każdy grosz

Pracownicy pogotowia otrzymali niedawno pisma od dyrekcji, w których dowiedzieli się o nowych zasadach naliczania wynagrodzeń i dodatków. Dyrekcja powołuje się w nim na rozporządzenie ministra zdrowia. Według nowych wytycznych, dodatek do pensji jest naliczany w procentach od całości podstawowego wynagrodzenia. Problem w tym, że według ratowników ich podstawy zostały obniżone, co automatycznie przekłada się na mniejsze dodatki. Nowe zasady znoszą też tzw. dodatek pogotowiany, który miał wynagradzać trudne warunki pracy. Z otrzymywanych do tej pory ponad 700 złotych, na konta ratowników wpływa teraz niewiele ponad 200. Nie trafiają do nich też pieniądze za nadgodziny. Przepracowany czas jest "przenoszony" na kolejny miesiąc, pracownicy mogą za niego odbierać dni wolne. Warunkiem jest jednak pisemna prośba, którą muszą kierować do dyrektora.

Pisma, które wręczono pracownikom, zawiera też zapis: W razie odmowy przyjęcia warunków umowy, umowa rozwiąże się z dniem 30.06. Kolejny akapit mówi o tym, że jeśli pracownicy się na to nie godzą - mogą oddać sprawę do sądu.

Dyrektor: Mają czas na znalezienie nowej pracy

Dyrektor wągrowieckiego szpitala Przemysław Bury sprawuje tę funkcję od października 2016 roku. Wcześniej pracował m.in. jako dyrektor w Centrum Stomatologii w Poznaniu i dyrektor finansowy dawnego szpitala wojskowego przy Grunwaldzkiej. Z wykształcenia jest magistrem zdrowia publicznego, psychologii i doktorem nauk humanistycznych. Nie pracował nigdy jako medyk. Ze stanowiskiem dyrektora Centrum Stomatologii rozstał się w atmosferze sporu. Pracownicy skarżyli się, że są przez niego źle traktowani. Treść i sedno problemów nigdy nie były jasne. Część pracowników skarżyła się po prostu, że źle im się ze mną pracowało - kwituje dziś Przemysław Bury pytany o tamten czas.

O dokumencie, który wręczył pracownikom wągrowieckiego pogotowia mówi, że to "standardowy wzór pisma". W momencie, kiedy pracodawca podejmuje regulacje płacowe, jest zobowiązany przekazać takie pismo. Pracodawca ma obowiązek poinformować o tym, że ma prawo się zastanowić nad tą regulacją.(...)przez półtora miesiąca pracownik ma prawo przyjąć do wiadomości skorygowane warunki albo stwierdza, że nie może się na to zgodzić, co nie jest kłopotem w przypadku ratowników, bo jest to zawód deficytowy.(...)Mają trzy miesiące na znalezienie nowego pracodawcy - mówi w rozmowie z RMF FM dyrektor szpitala Przemysław Bury.

Dyrektor nie widzi też problemu w tym, że aż 18 osób zagroziło odejściem z pracy. Według szefa szpitala będzie można je zastąpić personelem z innych oddziałów szpitala.Ratownik może pracować w zespołach wyjazdowych, może pracować też w SOR czy na innych oddziałach. W przypadku "ubytku" w obsadach karetek, automatycznie prosimy, żeby to miejsce zajęli inni, którzy pracują w pozostałych obszarach ­- podsumowuje Bury.

Ratownicy: To jest niemożliwe

Wśród 18 pracowników pogotowia, którzy nie zamierzają się zgodzić się na nowe warunki, jest kilkoro, którzy w pogotowiu pracują już prawie 40 lat. Znają każdy zakamarek obszaru, na którym pracują. Ich doświadczenie pozwala doskonale ocenić stan pacjenta i dowieźć go do szpitala. Z całym szacunkiem dla naszych kolegów pracujących w szpitalu albo młodych ratowników dopiero po szkole - ale są pewne sytuacje, z którymi będą mieli trudność - mówią ratownicy z tej grupy. Nawet jeśli dyrektor zastąpi ich ratownikami z innych oddziałów, oceniają, że szpital nie będzie mógł funkcjonować w pełni sprawnie. 18 ludzi to jest spora grupa, to jest mnóstwo godzin, które trzeba obsadzić, to są luki w grafikach, a to może przełożyć się na ogromny krach w naszym regionie jeśli chodzi o zabezpieczenie.(...)Dzięki temu, że tu jesteśmy i pracujemy, dojazd do pacjenta w okolicy jest bardzo szybki - mówi w rozmowie z RMF FM Eugeniusz Patelski jeden z wągrowieckich ratowników. Jesteśmy po prostu bardzo tym skrzywdzeni. Minister wydaje rozporządzenia, a dyrektor i tak robi swoje. Nastroje są wśród nas bardzo kiepskie ­- dodaje.

Ratownicy podjęli próbę dialogu z dyrektorem i starostą, któremu podlega szpital. Rozmowy skończyły się jednak fiaskiem.  Pan dyrektor tłumaczy, że na ratowników, którzy pracują na oddziałach - nie dostał pieniędzy. Twierdzi też, że wszystko jest zgodne z regulaminem.(...) Jeśli koledzy pracujący na umowach o pracę nie podpiszą tego porozumienia, które przedstawiła nam dyrekcja, będzie bardzo duży problem z obstawieniem zespołów ratownictwa - mówi Paweł Ziętara, koordynator w wągrowieckim pogotowiu.

Ratownicy z Wągrowca zapewniają, że dobro pacjentów zawsze jest dla nich priorytetem, ale nie mają innego wyjścia. Nie zamierzają podpisywać dokumentów dotyczących nowych warunków zatrudnienia. Jeśli nie uda się wypracować porozumienia z dyrekcją - 1 lipca nie przyjdą do pracy.  

Starosta wągrowiecki: Nie sądzę, żeby tak się stało

Szpital Powiatowy w Wągrowcu podlega staroście Tomaszowi Krancowi z PSL. Ratownicy przyszli do niego z prośbą o pomoc w rozwiązaniu trudnej sytuacji. Spotkanie nie przyniosło jednak spodziewanych przez medyków rezultatów. Ratownicy stawiają sprawę jednoznacznie, myślę, że nie należy jej w ten sposób stawiać. - mówi w rozmowie z RMF FM starosta wągrowiecki. Pytamy go o scenariusz, w którym nie uda się zawrzeć żadnego porozumienia i ratownicy rzeczywiście nie przyjdą do pracy. Nie sądzę, żeby tak się stało.(...) Karetki będą jeździły w powiecie - odpowiada krótko Tomasz Kranc. Dopytujemy więc czy będą to karetki z innych miejscowości. Niekoniecznie - słyszymy kolejną krótką odpowiedź.

W tej sprawie Tomasz Kranc podziela zdanie dyrektora Burego. Twierdzi, że z zapewnieniem personelu do zespołów wyjazdowych nie będzie żadnego problemu. W praktyce jednak jeśli zdarzy się, że ratownicy nie zgodzą się na nowe warunki i nie przyjdą do pracy, do mieszkańców powiatu będą musiały jeździć karetki z oddalonego o 16 km Rogoźna albo oddalonych o 35 km Obornik Wielkopolskich lub nawet z Poznania. Co oczywiste - czas dojazdu do poszkodowanych znacznie się wydłuży, a to niepokoi mieszkańców.

Nie powinno się czegoś takiego robić, że odbiera się pieniądze osobom, które ratują życie ­- mówi nam jeden z mieszkańców Wągrowca. Zawsze będę po stronie ratowników. Podziwiam ten zawód i szanuję, tym bardziej, że sama kilkukrotnie korzystałam z ich pomocy, jestem więc za podniesieniem im zarobków - dodaje napotkana chwilę później mieszkanka. 

(mpw)

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

Mateusz Chłystun