Chorzy na raka pilnie potrzebują leków, ministerstwo daje sobie więcej czasu

Piątek, 13 kwietnia 2012 (10:50)
Aktualizacja: Piątek, 13 kwietnia 2012 (18:16)

Aż trzy tygodnie ma Ministerstwo Zdrowia na rozpatrzenie wniosków ze szpitali o tzw. import docelowy leków onkologicznych. To niezbędne w terapii preparaty, których brakuje w wielu placówkach, bo producent wstrzymał ich dostawę. Według naszych ustaleń, resort zdrowia nie ma zamiaru zmieniać rozporządzenia, które wydłużyło termin rozpatrywania wniosków.

Od czwartku informujemy o problemach z hurtową dostawą leków onkologicznych z zagranicy. W takich przypadkach jedynym rozwiązaniem są właśnie indywidualne zamówienia.

Termin 21 dni na wydanie takiej zgody przez resort zdrowia znalazł się w nowym rozporządzeniu. Wcześniej urzędnicy musieli odpowiedzieć na prośbę o import docelowy w ciągu 7 dni. Urzędnicy zmienili przepisy na swoją korzyść w samym środku kryzysu - 21 marca, już po błagalnych listach ze szpitali, że brakuje leków niezbędnych w chemioterapii. To oznacza, że teraz tempo wydania zgody na sprowadzenie leków zależy tylko od dobrej woli resortu, a za ewentualną opieszałość nie będzie żadnej kary.

Co więcej, reporterzy RMF FM ustalili, że Ministerstwo Zdrowia nie zamierza zmieniać rozporządzenia - zwyczajnie bagatelizuje zapis o 21 dniach na rozpatrzenie wniosku w sprawie importu docelowego. Wiceminister zdrowia Jakub Szulc przekonuje wręcz, że przepis nie ma znaczenia, bo i tak praktyka jest inna. Wnioski, które przychodzą do nas, zwłaszcza wnioski ze szpitali, gdzie mamy informację o tym, że sprowadzenie leku jest pilne ze względu na zdrowie i życie pacjentów - takie wnioski są rozstrzygane tak czy inaczej natychmiast - zapewnia. Bardzo chętnie pokazuje też te wnioski, ale z pewnej odległości, tak by nie można było ich zweryfikować.

Magazyny hurtowni świecą pustkami

Problem z niedoborem leków onkologicznych powstał, kiedy jeden z producentów wstrzymał dostawy. A chodzi o jedyny dostępny na rynku specyfik do chemioterapii leczącej niektóre rodzaje nowotworów. W efekcie wielu pacjentom grozi teraz przerwanie leczenia. Kontynuacji terapii nie zapewnia również Ministerstwo Zdrowia.

Lekarze próbowali zdobywać leki, szukając ich na przykład w hurtowniach farmaceutycznych. Tam jednak nie ma już leków onkologicznych. Brakuje zarówno preparatu zarejestrowanego w Polsce, jak i jego zamienników. Magazyny świecą pustkami już od wielu tygodni.

Reporterzy RMF FM sprawdzili kilka hurtowni i wszędzie jest tak samo. Największa z nich już w marcu, w ramach importu równoległego, sprowadziła z zagranicy 2 tysiące opakowań zamiennika brakującego leku. Jednak - jak powiedziała nam rzeczniczka hurtowni Renata Borkowska-Kubiak - wszystkie sprowadzone leki rozeszły się w tydzień.

Wiemy, że szpitale potrzebują leków onkologicznych. Czekamy na kolejną dostawę i będziemy uzupełniać te braki - zapowiada rzeczniczka. W ciągu dwóch tygodni do hurtowni trafi z Rumunii 10 tysięcy opakowań z zamiennikiem brakującego leku. Zanim jednak sprowadzony zamiennik trafi do szpitali, resort zdrowia musi dopuścić go do sprzedaży w Polsce. Preparat na pewno będzie jednak droższy. Według hurtowników - prawie o połowę.

Szpitale są w trudnej sytuacji

Innym rozwiązaniem jest sprowadzenie zamienników potrzebnego leku z zagranicy w procedurze tzw. importu docelowego. Na ten sposób zdecydowało się Dolnośląskie Centrum Chorób Płuc. Nie mamy czym, a za chwilę nie będziemy mieli za co leczyć pacjentów - alarmują dyrektorzy placówki. Szpital ma w tej chwili tygodniowy zapas cisplatyny - leku podawanego chorym na raka płuc. Dlatego kolejną partię preparatów zamówił właśnie w ramach procedury importu docelowego.

Problem w tym, że procedura jest nie tylko długotrwała, ale i kosztowna. Dyrekcja Dolnośląskiego Centrum Chorób Płuc nie wie, ile zapłaci za leki swoich pacjentów. Lek sprowadzany z zagranicy może być nawet 10 razy droższy, a szpital musi zapłacić z pieniędzy, jakie przyznał mu NFZ w rocznym kontrakcie. Nasz szpital w zasadzie co roku był zmuszony generować nadwykonania. Jeżeli w tej chwili lek będzie droższy, to rzeczywiście może być problem - przyznaje szefowa szpitala Halina Kufel.

Jeżeli lek faktycznie będzie 10 razy droższy, pieniądze na leczenie skończą się na długo przed końcem roku.

Resort zdrowia: NFZ zapłaci. NFZ: To nie jest kwestia "hulaj dusza, piekła nie ma"

Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że NFZ będzie płacił za droższe leki sprowadzane z zagranicy, ale po szczegóły odsyła już do Funduszu. A tam odpowiedź nie jest już tak jednoznaczna. Rzecznik Andrzej Troszyński jak może unika jednoznacznej deklaracji i plącze się w zeznaniach. Z jednej strony zapewnia: Narodowy Fundusz Zdrowia jest zmuszony wcześniej czy później płacić za wszystkie koszty związane z importem docelowym leków, ale dopytywany o ceny - czy będą brane pod uwagę te wyższe, z faktur, czy te niższe, z katalogu NFZ - odpowiada: To nie jest kwestia, że "hulaj dusza, piekła nie ma". Obowiązują ceny katalogowe.

W Kujawsko-Pomorskiem wystarczy leków na 3 miesiące

Trudna, ale nieco lepsza niż w wielu placówkach w kraju, jest sytuacja największych szpitali w Kujawsko-Pomorskiem. W regionie ciężar utrzymania ciągłości leczenia pacjentów chorych na raka wzięło na siebie m.in. bydgoskie Centrum Onkologii. Zapasy ma też szpital w Grudziądzu. Tym placówkom wystarczy leków na trochę dłużej, choć najwyżej na 3 miesiące.

Szefostwo bydgoskiego szpitala, nauczone doświadczeniem, zawczasu zrobiło większe zapasy leków. Dla pacjenta chorego na raka przerwanie precyzyjnie ułożonego cyklu chemioterapii byłoby najgorszym, co może się stać. Tego sobie nie wyobrażam, dlatego zapewniam, że leczenie żadnego pacjenta nie zostanie przerwane - mówi wojewódzki konsultant ds. onkologii, doktor Jerzy Tujakowski. Jego zdaniem, Centrum Onkologii jest przygotowane na przyjęcie pacjentów również z innych szpitali w regionie, które z powodu braku leków znajdą się w potrzebie. Na przykład z Włocławka mogą być zabrani do nas - uspokaja Tujakowski. Niestety dla słabszych, schorowanych pacjentów będzie to oznaczało wyczerpującą podróż.

Na jak długo placówce wystarczy zapasów? W ciągu 2-3 miesięcy problem ma być rozwiązany, więc powinniśmy sobie poradzić - odpowiada lekarz wymijająco.

"Nie będę się z nikim dzielił"

Co stanie się, jeśli są to szacunki nazbyt optymistyczne? Marek Nowak, dyrektor największego w regionie szpitala w Grudziądzu, nie kryje niepokoju. Bez uszczerbku wytrzymam 3 miesiące, bo przewidywaliśmy sytuację wcześniej. W tej chwili nie martwię się o leki, ale nie wiem, co zrobimy za 3 miesiące, po prostu nie wiem - mówi reporterowi RMF FM. Nowak stawia przede wszystkim na zdrowie swoich pacjentów, dlatego zapowiedział z góry: Lekami nie będę się dzielił z nikim.

Jego zdaniem, instytucja importu docelowego, pozwalającego sprowadzać lek z zagranicy dla konkretnego pacjenta, może się nie sprawdzić. Nie ma bowiem pewności, że za granicą znajdą się dostawcy dla polskich szpitali. Jak nie będę miał od kogo kupić, to co ja zrobię? - pyta retorycznie.

Dyrektora grudziądzkiego szpitala martwi też zbyt nieprzewidywalny rynek leków w Unii Europejskiej. Uważam, że powinien być tak samo dokładnie monitorowany, jak jest monitorowany np. rynek gazu - podsumowuje.

"Resort zdrowia nie przejmował się problemem"

Według przedstawicieli szpitali, z którymi rozmawiała nasza reporterka Agnieszka Witkowicz, Ministerstwo Zdrowia zainteresowało się problemem dopiero w połowie marca. Wcześniej resort Bartosza Arłukowicza - mimo że miał informacje od producenta - zdawał się nie widzieć problemu.

Ministerstwo Zdrowia tłumaczy sprawę enigmatycznie. Według resortu, producent specyfików na raka nie wycofał się ze sprzedaży, a jedynie "zmienił proces technologiczny" produkcji leków. Żaden z urzędników nie potrafi jednak wyjaśnić, dlaczego ministerstwo nie przygotowało planu awaryjnego. Co więcej, resort przerzuca odpowiedzialność za brak leków onkologicznych na dyrektorów szpitali.

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska

Piotr Glinkowski

Agnieszka Witkowicz

Barbara Zielińska-Mordarska

Edyta Bieńczak