Na karę dożywotniego więzienia skazał łódzki sąd okręgowy 41-letniego Adama D. za zamordowanie swojej matki i siostry. Mężczyzna zabił kobiety siekierą, a po zbrodni upozorował napad rabunkowy. Przed sądem - podobnie jak w śledztwie - oskarżony przyznał się do winy; proces zakończył się po dwóch rozprawach. Wyrok nie jest prawomocny. Obrona prawdopodobnie będzie wnosić apelację.

REKLAMA

Ciała 67-letniej kobiety i jej 37-letniej córki znaleziono w lipcu ub.r. w jednym z bloków przy ul. Armii Krajowej na łódzkim osiedlu Retkinia. Młodsza z kobiet była prawniczką zatrudnioną w jednej z łódzkich kancelarii. Policję o odkryciu ciał zaalarmował Adam D. - syn i brat kobiet. Mężczyzna twierdził, że przyjechał do mieszkania wraz z żoną zaniepokojony - jak wówczas mówił - brakiem kontaktu z rodziną. Miał własne klucze do mieszkania.

Ustalono, że kobiety zginęły od ciosów zadanych siekierą w głowę; młodsza z nich broniła się i miała poranione ręce. W pokojach panował nieporządek wskazujący na plądrowanie i motyw rabunkowy. Zginęło kilka przedmiotów. Biegły medyk sądowy stwierdził, że do zbrodni doszło trzy dni przed odkryciem ciał. Badanie wariografem wykazało, że Adam D. kłamał, kilka dni po zbrodni został zatrzymany. Przyznał się do dokonania zabójstw. Jak ustalono, sprawca zabił siekierą, którą znalazł w domu, najpierw siostrę, później matkę. Młodszą z kobiet dodatkowo poraził paralizatorem i dusił kablem. Po dokonaniu zbrodni upozorował włamanie.

"Coś w nim pękło"


Z mieszkania zabrał m.in. komputer, telefon komórkowy, modem. Porozrzucał dokumenty siostry, chcąc zwrócić uwagę, że zbrodnia mogła mieć związek z jej zawodem. Zabrał też siekierę, kabel i paralizator, które później wyrzucił jadąc samochodem. Po zatrzymaniu wskazał miejsce ich porzucenia. W sądzie oskarżony zapewniał, że nie planował zabójstw. Z jego relacji wynikało, że między nim a kobietami dochodziło do nieporozumień, a matka i siostra zarzucały mu, że jest nieudacznikiem, nie umie utrzymać rodziny a jego dwójkę dzieci zabiorą do domu dziecka; w trakcie wizyty - jak przekonywał - "coś w nim pękło" i zamordował kobiety.

Prokurator domagała się dla niego dożywocia, obrona wnosiła o łagodniejszą karę. Sam oskarżony w ostatnim słowie przyznał, że jest mordercą, ale prosił o umożliwienie mu w przyszłości powrotu do społeczeństwa i rodziny. Sąd skazując go na dożywocie podkreślił, że w sprawie nie ma żadnych okoliczności łagodzących, a oba zabójstwa - dokonane w odstępie kilkunastu sekund - charakteryzowały się wyjątkową brutalnością. Zaznaczono, że zbrodnia została dokonana w stosunku do osób najbliższych i jednocześnie życzliwych sprawcy.

Morderca kreuje się na ofiarę


Sędzia Marek Chmiela zaznaczył, że w ocenie biegłych psychiatrów oskarżony był w pełni poczytalny, mógł więc kierować swoim postępowaniem i rozumiał co robi. Jest też osobą wyjątkowo inteligentną, choć ma nieprawidłowo ukształtowaną osobowość - kreuje siebie na ofiarę. Dla mnie cały czas jest niezrozumiałe co takiego stało się w mieszkaniu, że oskarżony podejmuje decyzję o zabiciu dwóch osób. Prawda jest taka, że odpowiedź na to pytanie zna tylko oskarżony - mówił sędzia Chmiela. Podkreślił, że późniejsze zachowanie oskarżonego, który nie okazywał emocji, udawał ból po stracie najbliższych - świadczy o tym, że jest osobą wyjątkowo wyrachowaną.

W ocenie sądu jedyną sprawiedliwą i adekwatną do tego co zrobił oskarżony jest kara dożywotniego pozbawienia wolności. Obrońca oskarżonego zapowiedziała, że po otrzymaniu pisemnego uzasadnienia wyroku, rozważy apelację.