Kilkaset tysięcy złotych ale nie dla ubogich, a urzędników, którzy mają się zająć monitorowaniem poziomu biedy w Polsce. Chodzi o kontrowersyjny pomysł Obserwatorium Ubóstwa i Wykluczenia Społecznego.

REKLAMA

Obserwatorium na razie jednak nie monitoruje, bo nie wiadomo, czy ma działać na podstawie rozporządzenia czy ustawy. O to urzędnicy spierają się od kilku miesięcy.

Wiceminister polityki społecznej Cezary Mierzejewski chce, by biedę obserwować ustawowo. Musi być silne umocowanie, bo żaden minister premier czy rząd nie lubi, jak się im patrzy na ręce. Los takiej instytucji może być krótkotrwały.

Rząd przekonuje, że obserwatorium jest bardzo potrzebne, bo z poziomu ministerialnych biurek biedy nie widać i dlatego chce zatrudnić ponad 20 pracowników i naukowców, którzy będą szukać i liczyć ubogich Niezależna instytucja, która monitoruje, obserwuje, która alarmuje i domaga się pewnych rzeczy w ramach walki z ubóstwem, w ramach walki z wykluczeniem społecznym - opisuje cele obserwatorium Mierzejewski.

Dodajmy tylko, że praca tej instytucji to ponad 200 tysięcy złotych rocznie…

Rządowe potyczki z biedą

Wszelkie akcje pomocowe, prowadzone przez rząd, poprzedzone są zawsze szeroką promocją. Jedną z nich jest akcja „wyprawka dla pierwszoklasisty”. Co roku wyprawki dostaje co trzeci pierwszak. Jednak pozostałe dzieci na pomoc Ministerstwa Edukacji nie mogą liczyć, mimo że potrzebują więcej podręczników. Warto przypomnieć, że dużo większym problemem jest niedożywienie. Nie dojada jedna trzecia dzieci w wieku szkolnym.

Inną akcją jest „posiłek dla potrzebującego”. Nie jest to akcja jednorazowa, a regularna pomoc. Polega ona na dożywianiu dzieci i osób potrzebujących, które same nie mogą zatroszczyć się o posiłek dla siebie. Tylko w tym roku z programu skorzystać ma półtora miliona osób.