Aż 2 godziny gliwiccy policjanci sprawdzali, czy zespół karetki reanimacyjnej jest trzeźwy; przez ten czas teren, na którym mieszka 500 tys. ludzi, był bez "erki". Funkcjonariuszy o swoich – jak się okazało bezpodstawnych - podejrzeniach powiadomił jeden z mieszkańców Gliwic.

REKLAMA

Sprawa jest kontrowersyjna, bowiem policjanci nakazali dyspozytorce odwołać karetkę z trasy i stawić się całej załodze w centrali. Gdy przyjechali do stacji, funkcjonariusze oświadczyli, że muszą zbadać zespół karetki, ale na komendzie.

Wówczas okazało się, że cała czwórka nie zmieści się do policyjnego poloneza. Funkcjonariusze więc - mimo podejrzeń - kazali kierowcy i sanitariuszowi pojechać karetką. Dopiero na komendzie policjanci ujawnili, że otrzymali zgłoszenie od mężczyzny, który podejrzewał, że zespół "erki" jest pijany.

Badania alkotestem wykazały, że zespół karetki jest trzeźwy; nie mieli nawet śladowej ilości alkoholu we krwi. Pierwsze badanie przeprowadzono jeszcze w obecności kierownictwa pogotowia.

Dziwne w sprawie jest to, że, kiedy pracownicy pogotowia zażądali protokołu i ukarania dzwoniącego mężczyzny za zakłócenie pracy pogotowia, policjanci odmówili. Chcieliśmy mieć dowód stwierdzający, że jesteśmy na dyżurze trzeźwi - mówi ratownik z feralnej „erki”. To jest bulwersujące, zostaliśmy potraktowani jak przestępcy.

Do Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach trafiło doniesienie na niewłaściwe postępowanie policjantów. Podobne otrzymał też komendant gliwickiej policji. Sprawę bada inspektorat wewnętrzny. Policjanci mają także przesłuchać osobę, która podejrzewała, że zespół „erki” jest pijany i zgłosiła to funkcjonariuszom.

Dodajmy, że w trakcie słownych przepychanek pomiędzy zespołem „erki” a policjantami dyspozytorka pogotowia przyjęła zgłoszenie o ataku chorego na padaczkę. Kobieta musiała zadzwonić na komendę i poprosić policjantów, by zwolnili zespół do potrzebującego. Tym razem karetka na szczęście zdążyła.

20:55