Historyczna sprawa "George W.Bush przeciwko Alowi Gore'owi" znalazła się w poniedziałek przed Sądem Najwyższym USA i jego werdykt może zadecydować, kto będzie 43. prezydentem Stanów Zjednoczonych.

REKLAMA

Dziewięciu sędziów przez półtorej godziny bombardowało pytaniami prawników obu pretendentów do Białego Domu, aby wysłuchać ich argumentów i wyjaśnień w kontrowersji o to, czy powinno się dopuścić do ręcznego przeliczenia spornych głosów na Florydzie. Obóz kandydata Demokratów, wiceprezydenta Gore'a, ma nadzieję, że Sąd zezwoli na takie przeliczenie. Demokraci wierzą, że dzięki temu Gore uzyska dodatkowe głosy, które zapewnią mu zwycięstwo nad Bushem na Florydzie, a tym samym - urząd prezydenta USA. Na razie, po dwukrotnym maszynowym przeliczeniu głosów z Florydy, Bush ma nad Gore'em przewagę 537 głosów (na około 6 milionów oddanych ogółem). Ponieważ jednak większość spornych głosów pochodzi z okręgów, gdzie tradycyjnie przewagę mają Demokraci, obóz Gore'a liczy, że zbadanie ich i ręczne przeliczenie pozwoliłoby przechylić szalę na stronę wiceprezydenta. Po zakończeniu przesłuchań Sąd nie ogłosił, kiedy wyda werdykt. Sędziowie wiedzą jednak, iż czas ucieka - najpóźniej 12 grudnia, czyli we wtorek, poszczególne stany powinny sporządzić listy swoich elektorów, którzy 18 grudnia dokonają wyboru prezydenta.

W pisemnej argumentacji doręczonej Sądowi Najwyższemu USA w niedzielę prawnicy Gore'a wywodzili, że komisje wyborcze poszczególnych okręgów powinny przejrzeć sporne karty i uznać za ważne te z nich, w których wprawdzie nie odpadł kawałek papieru ze środka dziurki, ale gdzie na podstawie śladu mniej lub bardziej częściowego nacięcia można ocenić, jaka była intencja głosującego. Zdaniem prawników Gore'a, wyborcy ci mają prawo, by ich głosy uwzględniono. Prawnicy wiceprezydenta napisali też, że jeśli sąd nie dopuści do ręcznego przeliczenia głosów, uczynią to później "naukowcy i badacze" - tyle że będzie to już po ogłoszeniu wyniku wyborów prezydenckich. Dodali, że "sprawa ta rodzi fundamentalne pytania o prawomocność władzy politycznej w naszej demokracji".

Główny radca prawny sztabu Gore'a, David Boies, powiedział telewizji CNN, że jest "zadowolony" z przebiegu przesłuchań, ale nie chciał przewidywać, jaki będzie werdykt sądu. "Sędziowie o tym zadecydują, to ich zadanie. Moje zadanie to przedstawić argumenty" - oświadczył. Bush, republikański gubernator Teksasu, powiedział, że jego prawnicy, z którymi rozmawiał po sesji sądu, przejawiają "ostrożny optymizm", wobec czego on sam jest też ostrożnym optymistą. Gore był w Waszyngtonie, pokładając nadzieje w sile perswazji Davida Boiesa, który starał się przekonać Sąd Najwyższy, iż powinien zezwolić na wznowienie ręcznego liczenia spornych głosów.

Przed gmachem Sądu Najwyższego demonstrowały z transparentami tysiące zwolenników obu kandydatów. Dyspucie w sądzie przysłuchiwali się czołowi politycy z obu obozów, a także troje z czwórki dzieci Gore'a - Karenna, Kristin i Albert III. Do sali sądowej nie wpuszczono kamer telewizyjnych, ale natychmiast po posiedzeniu sąd udostępnił mediom dźwiękowe nagranie z przebiegu przesłuchań. Jak wynika z sondażu CNN i Instytut Gallupa, to właśnie Sąd Najwyższy USA jest instytucją, która - zdaniem Amerykanów - powinna zadecydować o wyniku sporu wyborczego. Uważa tak aż 61% pytanych, podczas gdy tylko 17% obdarza tu zaufaniem Kongres USA.

Ten z dwóch pretendentów, który wygra wybory na Florydzie i uzyska 25 głosów elektorskich z tego stanu, będzie miał większość w 538-osobowym Kolegium Elektorskim, które 18 grudnia ma wybrać nowego prezydenta USA. Bush zgromadził na razie 246 głosów elektorskich, a Gore 267.

foto Grzegorz Jasiński RMF FM Waszyngton

02:00