Dziś 1 czerwca, czyli Dzień Dziecka – dlatego wspominamy najpiękniejsze bajki. Niektóre istnieją już tylko w archiwach, inne - jak niemiecki "Piaskowy Dziadek" przetrwały różne zakręty historii i są nadal produkowane.

REKLAMA

W Austrii piosenka "Dziadku, drogi Dziadku, nie chcemy jeszcze spać" budzi nadal uśmiechy na twarzach dzieci. Bajeczka jest NRD-owska o czym maluchy oczywiście nie mają pojęcia.

Telewizyjna seria bajek o Sandmanie powstała ponad 40 lat temu i oparta jest na pomysłach słynnego teatru lalek w Augsburgu, o którym dzieci na świecie też nie słyszały co nie przeszkadza jednak, że "Piaskowy Dziadek" cieszy się nie mniejszą popularnością niż w Polsce "Bolek i Lolek".

Jak się okazuje "Piaskowy Dziadek" był też małym agentem Stasi. Kiedy kończyła się bajka, na ekranie pojawiał się zegar sygnalizujący, że zaraz zaczną się wiadomości. Następnego dnia w szkole nauczyciel zadawał dzieciom pytanie, czy oglądały "Piaskowego Dziadka". Jeśli tak - musiały narysować ten zegar. Niektóre malowały jednak zegar zakazanej wtedy zegar telewizji zachodnioniemieckiej, który wyglądał nieco inaczej. W ten sposób z powodu „Piaskowego Dziadka” wiele osób trafiło do aresztu.

Okazuje się też, że nasz rodzimy Miś Uszatek nie jest bez winy. W jednym z odcinków, prosiak przyjaciel Misia Uszatka znalazł się w jakichś kłopotach i Miś Uszatek zapytał innych zwierzątek: Pomożecie prosiaczkowi?. Tekst trzeba było wyciąć, żeby nikt nie skojarzył Gierka (to jego słynne pytanie – przyp. RMF) z prosiakiem.

Zbigniew Żmudzki z Semafora ujawnia, że z bajki usunięto także Pieska Kruczka, bo w komitecie centralnym partii był sekretarz o takim właśnie nazwisku.

W NRD był Piaskowy Dziadek, a w Polsce mieliśmy „Bolka i Lolka”, „Reksia”. Ze Zdzisławem Kudłą dyrektorem Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej rozmawiał reporter RMF Marcin Buczek:

Światową potęgą w animacji był kiedyś Związek Radziecki. Tam narodzili się nie tylko " Wilk i zajac" z filmu "Nu, pagadi", ale też wiele innych postaci z bajek ludowych.

Sojuzmultfilm, bo tak się nazywa macierzysta wytwórnia „Wilka i zająca”, dobre lata już dawno ma sobą. W najlepszych czasach robiliśmy po 40 filmów rocznie, w tym roku dostaliśmy obietnice sfinansowania trzech i polowy filmu - powiedział korespondentowi RMF Wiaczeslaw Szyłobriejew, najstarszy z animatorów, pracujących w dogorywającym Sojuzmultifilmie.

To i tak nieźle, ponieważ w latach 90. studio w ogóle niczego nie produkowało. Cześć artystów zmieniła zawód, cześć przeszła na emeryturę. Na dodatek ówczesny, nowy szef wytworni po cichu sprzedał najcenniejsza rzecz, jaka posiadał - złotą kolekcję ponad 1600 filmów animowanych z całego okresu Związku Radzieckiego, w tym oczywiście „Nu pagadi” i „Kiwaczka”.

Dzisiaj „Wilk i zając” są własnością prywatną. Mimo to rosyjski film animowany się nie poddaje. Cztery lata temu Aleksander Pietrow zdobył Oskara za swój ręcznie malowany film "Stary człowiek i morze".