"Niewątpliwie jest to inwestycja, która silnie uderzy w rybołówstwo na Zalewie Wiślanym" – ocenia profesor Jan Marcin Węsławski, dyrektor Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk. Dziś symbolicznie rozpocząć ma się realizacja kontrowersyjnego przekopu przez Mierzeję Wiślaną. Wciąż nie ma jednak choćby decyzji środowiskowej w tej sprawie, a swoje zastrzeżenia zgłaszają między innymi niektóre samorządy czy organizacje ekologiczne.

REKLAMA

Kuba Kaługa RMF FM: Jaki wpływ ta inwestycja może mieć na samo morze? Jak morze może się zachować wskutek przekopu?

Jan Marcin Węsławski: Dla morza w rozumieniu Zatoki Gdańskiej, czyli tej całej części Bałtyku, która przylega do Mierzei Wiślanej, prawdopodobnie będzie to miało skutek znikomy albo żaden, ponieważ ten przekop jest tak naprawdę śluzą zamkniętą z dwóch stron, w związku z czym przepływ wody pomiędzy Zatoka Gdańską a Zalewem Wiślanym będzie minimalny. Ani w jedną, ani w drugą stronę oddziaływanie tego przekopu nie będzie specjalnie istotne dla środowiska Zatoki Gdańskiej. Natomiast najprawdopodobniej będą temu towarzyszyć inne zjawiska, które zresztą są dobrze opisane z podobnych inwestycji. Choćby takie jak to, że transport zawiesiny, czy tak zwanego rumowiska lub krótko mówiąc piasku, wzdłuż brzegu - który się odbywa w całej Polsce zawsze z zachodu na wschód. Wszędzie tam, gdzie prąd przybrzeżny, który niesie ten piasek napotyka na jakaś przeszkodę w postaci falochronu, portu, następuje bardzo charakterystyczne zabieranie materiału, tego skalnego z jednej strony i odkładanie go z drugiej strony. No i stąd były te problemy jak budowano przed wojną port we Władysławowie, że nagle półwysep helski zaczął chudnąć gwałtownie. Stąd są problemy z molem w Sopocie, które zbudowało sobie marinę i zafundowało sobie wielką mieliznę, która na skutek tej mariny powstaje. To są rzeczy, które inżynierowie brzegowi mają dobrze rozpoznane. Takie zjawiska będą występowały od strony Zatoki Gdańskiej. Tam gdzie jest ta duża dynamika, falowanie, silne prądy. Od strony Zalewu Wiślanego woda z zatoki nie powinna mieć wielkiego wpływu na sam zalew, bo jej będzie nie dużo. Natomiast bardzo poważne konsekwencje będzie miało utrzymywanie toru wodnego.

Co w praktyce oznacza to utrzymywanie toru wodnego?

Zalew ma średnią głębokość 2,5-2,8 m. W planach, o ile dobrze pamiętam, jest około 4 m głębokości i odpowiednia szerokość. To wszystko odbywa się nie w podłożu skalnym, gdzie można sobie coś raz wykuć i przez następne 100 lat pływać taką rynną skalną, tylko to odbywa się w takim płytkim, jeziornym zbiorniku, który jest wypełniony uwodnionym mułem, który bardzo łatwo się przemieszcza. Stosunkowo łatwo go można za pomocą pogłębiarek czy jakichś wielkich rur odessać. Kłopot polega na tym, że ten cały osad, cały muł, unosi się następnie w toni wodnej. Bardzo szybko opada, bardzo szybko jest przenoszony przez lokalne prądy i taki tor wodny będzie musiał być utrzymywany co najmniej raz w roku. Będzie się tam trzeba przejechać pogłębiarką i odpowiednimi urządzeniami hydrotechnicznymi. A być może częściej niż raz do roku. To wszystko zależy od tego, jak silna będzie tam dynamika, czy będą tam silne wiatry.

Takie prace są kosztowne?

Oczywiście. Tu łatwo zresztą się dowiedzieć, ile kosztuje taka praca. Jest niewiele przedsiębiorstw w Polsce, które potrafią robić tego typu prace na dużych zbiornikach - na morzu czy zalewie. One dotychczas się utrzymywały z nasypywania piasku na plaże, tam, gdzie erozja wyprowadziła piasek z plaż. Pogłębiały pewne tory podejściowe w kanałach, czy to na Odrze czy tu w okolicy Wisły. Niewątpliwie dla tego typu przedsiębiorstw, taka inwestycja jest żyłą złota i to jest fantastyczna okazja do pracy na wiele, wiele lat. Natomiast skutki środowiskowe będą na prawdę poważne z powodu tego pogłębiania toru wodnego. Nieuchronnie będzie się unosiła chmura mułu, tych uwodnionych właśnie, lekkich osadów, które przede wszystkim spowodują zamulanie bardzo wartościowych obszarów, które są tarliskami sandacza i - trochę bardziej na wschód - tarliskami śledzia. A Zalew Wiślany, przy dzisiejszym kryzysie w rybołówstwie Polskim, to jedno z tych miejsc, gdzie wciąż się ryby łowi i rybacy wciąż są w stanie utrzymać się przy życiu. Więc likwidujemy sobie bardzo cenną rybę jaką jest sandacz, pewnie nieco jej zostanie w okolicy ujścia Wisły, natomiast ten sandacz z Zalewu Wiślanego będzie miał niewątpliwie bardzo czarną perspektywę przed sobą.

Czy to oznacza, że sandacz będzie gatunkiem zagrożonym?

Polski niewątpliwie. Prawdopodobnie ludzie od obrotu produktami rybnymi podpowiedzą, czy to nie jest tak, że możemy sandacza kupić w Rosji czy na Litwie, gdzie jest go dość dużo...

Ale nasi rybacy już go wtedy nie złowią?

No tak, trzeba go będzie gdzieś kupić. Niewątpliwie jest to inwestycja, która silnie uderzy w rybołówstwo na Zalewie Wiślanym. Znowu łatwo policzyć przy użyciu rocznika statystycznego, ile warto jest tam rybołówstwo. Czy opłaca się zamknąć ten obszar dla rybołówstwa celem uzyskania jakiś innych korzyści. Do tego dochodzi jeszcze taki problem, że ten cały materiał, to całe błoto, osad wydobyty z tego kanału żeglugowego... trzeba coś, gdzieś z tym zrobić. To są oczywiście tysiące metrów sześciennych.

Mówi się o budowie sztucznej wyspy, na której ten osad będzie przez lata składowany.

No tak, tak się zazwyczaj na świecie robi, że buduje się sztuczne wyspy, bo ciężko to trzymać na lądzie. Ale taka wyspa to jest znów nieznana ingerencja w środowisko. Zbudujemy sobie taki obiekt na środku zatoki i cały ten układ prądów, który dotychczas funkcjonował ulegnie zmianie, bo powstanie nowa, duża przeszkoda, którą woda napotyka. No ale tutaj tak naprawdę bardziej się martwię tą chmurą mułu z racji pogłębiania, niż samą tą wyspą, która tam pewnie z czasem będzie zarastała i będzie mogła służyć jako siedlisko dla ptaków.

To jest największe zagrożenie? Właśnie podnoszenie się osadów i ich wpływ na środowisko?

Moim zdaniem to jest największe, realne zagrożenie przyrodnicze. Nie wspominam o całej stronie ekonomicznej, która jest dla mnie kompletnie niejasna. Nie potrafię zrozumieć, gdzie tu można osiągnąć jakieś zyski gospodarcze, ale tu niech się wypowiedzą ludzie od gospodarki i transportu morskiego. Natomiast ze strony przyrodniczej myślę, że jest też pewien problem dla organizmów i gatunków lądowych na samej Mierzei Wiślanej, które będą miały naturalną przeszkodę. Da się tę przeszkodę obejść. Większość zwierząt typu sarny, dziki czy lisy potrafi pływać, czy zimą przejść po lodzie, więc one będą sobie mogły przechodzić dalej - z jednej strony na drugą. Jest to więc przeszkoda, ale tu bym nie dramatyzował. Jednak wrócę jeszcze raz do tego pogłębiania: to jest rzeczywiście bardzo poważny problem dla całego środowiska przyrodniczego zalewu.

To będzie taka syzyfowa praca?

Ona będzie o tyle syzyfowa, że zalew będzie się zawsze zasypywał. Bo to jest lotny, uwodniony muł, który się cały czas osypuje z każdego zbocza, z każdego stromego stoku na dół. To jest tak płytki zbiornik, że wiatry go bardzo szybko mieszają, w związku z czym przy silnych wiatrach ten zalew jest bardzo mętny, następuje podnoszenie tych osadów, więc tam cały czas to błoto krąży i żeby utrzymać ten głęboki tor wodny równym, którym bezpiecznie będzie można przepływać statkami, trzeba będzie wydać ogromną ilość pieniędzy i włożyć dużo wysiłku. Da się to zrobić technicznie, bo nie takie rzeczy da się zrobić. Pytanie, czy jest sens za te pieniądze, biorąc pod uwagę zniszczenia, które to spowoduje.

(j.)