Po kilku latach zastoju, na rynku nieruchomości nastąpiło ożywienie. Eksperci zwracają uwagę, że nie tylko zaczęły rosnąć ceny, ale wzrosła też liczba transakcji. Przymierzający się do kupna mieszkania nie powinni się jednak stresować i spieszyć z zakupem, a już na pewno nie muszą obawiać się nowego cenowego szaleństwa.

REKLAMA

Obecne ożywienie może się bowiem okazać nietrwałe - mówią nam eksperci. Według nich nie ma solidnych przesłanek dla dużych wzrostów, a niski wzrost gospodarczy, niepewność wśród konsumentów i ostrożność banków nie sprzyja ekspansji kredytów.

Oczekujemy, że aktualna sytuacja będzie trwać jeszcze kilka miesięcy - mówi Marcin Krasoń z Home Broker i wyjaśnia, że nowa rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego, która wprowadzi dodatkowe obostrzenia kredytowe, może osłabić popyt na tyle, że ceny w przyszłym roku znów zaczną spadać. W przyszłym roku nie należy zatem spodziewać się nowej cenowej eksplozji.

Jednocześnie przykład niektórych zagranicznych rynków wskazuje, że mimo wciąż nie najlepszej sytuacji w gospodarce, ceny nieruchomości mogą rosnąć dość wyraźnie. W ostatnich dniach brytyjscy rzeczoznawcy alarmowali, że w tym roku ceny na Wyspach wzrosły już o ponad 5 procent i - jak twierdzą - istnieje obawa, że powstanie nowa cenowa bańka.

Taka cenowa bańka w Polsce zaczęła pękać na wiosnę 2008 roku. Wcześniej, od początku zeszłej dekady, do końca 2007 roku, cena metra kwadratowego w sześciu największych ośrodkach miejskich Polski wzrosły o ponad 150 procent (Reas).

Przez ostatnich pięć lat średnie ceny transakcyjne spadały. Od szczytu cenowego w 2008, przeciętna cena transakcyjna w dużych miastach spadła o 28 procent (HomeBroker). Biorąc pod uwagę inflację, która zjadła kolejnych kilkanaście procent wartości, oznacza to, że ktoś, kto uznał mieszkanie za dobrą inwestycję w szczycie z 2008 roku, odsprzedając ją dziś odzyska realnie zaledwie 60 procent wartości.

Jeśli dodatkowo finansował zakup w całości z kredytu we franku, wysokość jego zadłużenia wyrażona w złotych jest nominalnie nawet o 60 procent wyższa, niż gdyby zadłużył się w rodzimej walucie.